Los Angeles Vice

Żyć i umrzeć w Los Angeles (To Live and Die in L.A., 1985), reż. William Friedkin

Friedkin to strasznie nierówny reżyser. Nakręcił do tej pory 25 filmów, jednak wiele z nich przepadło bez echa. Ciężko trafić na nie nawet w telewizji. Z drugiej strony, trwale zapisał się w historii kina dwoma tytułami – Francuskim łącznikiem (1971) i Egzorcystą (1973). Niestety przy wymienianiu zasług reżysera rzadko pojawia się tytułowy obraz, Żyć i umrzeć w Los Angeles. A szkoda, bo to kawał porządnego kina sensacyjnego.

Agenci Richard Chance (William Petersen) i Jim Hart (Michael Greene) to wieloletni przyjaciele i zawodowi partnerzy. Mający już swoje lata Hart postanawia odejść na emeryturę, jednak dwa dni wcześniej ginie w związku z prowadzonym śledztwem. Za jego śmierć odpowiedzialny jest fałszerz pieniędzy, Eric Masters (Willem Dafoe). Chance postanawia za wszelką cenę dopaść mordercę, narażając przy tym siebie i nowego partnera, Johna Vukovicha (John Pankow).

Scenariusz powstał w oparciu o książkę Geralda Petievicha, który przez 15 lat był agentem służb Secret Service.

Jak przystało na film z lat 80., dzieło Friedkina odznacza się typową dla owej dekady atmosferą. Już sama czołówka doskonale wprowadza nas w klimat filmu – szargane przez wiatr palmy na tle wschodzącego słońca, wszystko w odcieniu ciemnych, brudno-pomarańczowych barw. Chwilę później widzimy tytuł filmu w jaskrawych, neonowych kolorach zieleni i czerwieni, a rozkręcająca się energiczna muzyka zespołu Wang Chung na dobre wciąga nas w rytm tej sensacyjnej opowiastki. Jednak nie będzie to Los Angeles ze słonecznymi plażami, drinkami z palemką czy roznegliżowanymi kobietami i facetami z opaloną klatką piersiową. Robby Müller, autor zdjęć, zbudował wizerunek Miasta Aniołów z brudu przemysłowych dzielnic – surowy, chropowaty, ale i tętniący życiem. Zamiast bryzy na twarzy prędzej poczujemy trzeszczący w zębach pył.

Film świetnie oddaje miejską rzeczywistość tamtych lat. Przechodzi między częścią przemysłową (mocne, dzienne światło padające na szare budynki i wzbijany w powietrze kurz), a niemal surrealistyczną – wieczorna, pomarańczowa poświata, nocne ulice skąpane w blasku miejskich latarni i zachodzącego słońca. Przyćmione światła klubów i mieszkań tworzą swoiste uczucie zmęczenia, jakby efekt prowadzonego życia w gorączkowym tempie. Rozbrzmiewające w tle syntezatory muzyków z Wang Chung stają się oddzielnym bohaterem filmu.

Żyć i umrzeć w Los Angeles jest znane głównie dzięki scenie pościgu. Już we Francuskim łączniku Friedkin ustanowił nowy standard w tej dziedzinie – sekwencje samochodowe jego autorstwa są niesamowicie realistyczne i dynamiczne. Pamiętajmy, że kręcono je „na poważnie”, reżyser nie miał do dyspozycji efektów specjalnych, CGI i innych komputerowych wynalazków. Wszystko dzieje się z udziałem prawdziwych samochodów, kierowców, kaskaderów. Przez ciasne uliczki, kanał burzowy, pod prąd jednokierunkowej autostrady, a nawet wzdłuż torów kolejowych, które bohaterowie przecinają dosłownie przed nosem jadącego pociągu. Przez cały czas trwania czuć niesamowitą, pulsującą energię. Tempo opowiadanej historii nie pozwala nawet na chwilę wytchnienia.

Uznanie należy się także aktorom, którzy tchnęli życie w odtwarzane postaci. Bohaterowie filmu nie są czarno-biali. „Ten zły” okazuje się inteligentnym, opanowanym człowiekiem, perfekcyjnie wykonującym swoją robotę. Z kolei „ten dobry” jest porywczy, niemal uzależniony od adrenaliny. Z czasem zachowuje się jak ćpun na głodzie, gotowy zrobić wszystko aby dostać swoją działkę. Gdy w grę wchodzą osobiste pobudki protagonisty, wszelkie zasady idą w odstawkę.

Willem Dafoe doskonale pasuje do roli zimnego profesjonalisty, faceta który wszystko kontroluje – zarówno prowadzony przez siebie biznes, jak i osoby chcące dobić z nim targu. Nawet przez chwilę nie tracimy poczucia, że to właśnie on jest tutaj górą. Dla Williama Petersena była to pierwsza główna rola. Stworzył postać trudną do polubienia – impulsywny, skłonny do ryzyka bohater, który troszczy się jedynie o wyrównanie osobistych porachunków. Nie dba o własne bezpieczeństwo, a co dopiero o nowego kolegę czy swoją informatorkę. Rok po premierze filmu, John Pankow spotkał w kawiarni tajnego agenta z NYPD. Policjant przyznał aktorowi, że jego reakcje podczas pościgu samochodowego były w każdym calu realistyczne i adekwatne do zaistniałej sytuacji. Nie gorzej jest w przypadku reszty obsady. John Turturro, Darlanne Fluegel, Dean Stockwell, Debra Feuer mimo schematycznych postaci, świetnie wywiązują się z powierzonego im zadania.

Mężczyźni w tym świecie są macho do bólu. Wyciągają broń żeby zabić, a nie wygłaszać monologi o upadku prawa i triumfie zła. Żyją na wysokich obrotach, a przejawy uczuć i niezdecydowanie są oznaką słabości, niosą ze sobą niebezpieczeństwo.

Film rozgrywa się „na ulicach”. Dokumentalny styl reżysera znajduje odbicie w realistycznym portrecie środowiska przestępczego i zachowań stróżów prawa. Sceny mające miejsce w więzieniu San Luis powstały właśnie w tej placówce, z prawdziwymi więźniami w roli statystów. Wiele plenerów nakręcono na terytoriach gangów. Jednak dbałość o szczegóły osiągnęła apogeum w przypadku głównego tematu produkcji. Gdy widzimy początkową sekwencję podrabiania banknotów, ekipa filmowa naprawdę drukowała fałszywki. Nad wszystkim czuwał konsultant w postaci fałszerza skazanego za swą działalność. Sceny filmowano w magazynie na pustyni – Willem Dafoe wspominał, że za każdym razem gdy przelatywał nad nimi helikopter, był pewien iż to policja z nakazem aresztowania całej ekipy.

Pomimo starań filmowców, pewna ilość fałszywych banknotów trafiła do regularnego obiegu – filmowa gotówka była oznaczona literą X, co nie jest oficjalnym znakiem używanym przez Bank Rezerw Federalnych. Pieniądze były naprawdę dobrej jakości i długo po zakończeniu zdjęć służby Secret Service ciągle trafiały na owe fałszywki.

Żyć i umrzeć w Los Angeles ma też pewne wady. Oczywiście nie wszystkim przypadnie do gustu estetyka lat 80. Również zakończenie jest nieco przeciągnięte – moim zdaniem, film powinno zamykać ujęcie twarzy Ruth. Z kolei początkowe sceny wprowadzają nas w życie bohaterów, pokazują ich przyjaźń, jednak wątek terrorystyczny wydaje się strasznie oderwany od reszty filmu.

Poza tym, esencja lat 80. Oglądać śmiało.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Los Angeles Vice

  1. kaden pisze:

    zgrabny opis

  2. Jacek Kramarski pisze:

    Ja równiez uwielbiam ten poczatek z terroysta, przez niego niemal nie rzucilem ogladania calosci (choc z drugiej strony wcale nie – to bylo w takim wieku, ze poczatek wydawal mi sie czadowy a reszta jakas niemrawa;) To musialy byc czasy, chyba Friedkin i Mann prowadzili wtedy prawdziwa wojne i jeszcze ten Petersen wystepujacy u nich niemal w tym samym czasie.

    • Szubrawca pisze:

      Akcja z terrorystami to też okazja do wypowiedzenia przez starszego gliniarza nieśmiertelnych słów „I’m too old for this shit”. Bez tego nie obędzie się żaden kultowy sensacyjniak 🙂

  3. Pingback: Friedkin poleca | Bezdroża kinomana

  4. Kajzer pisze:

    Szkoda, że dziś już się nie robi takich filmów sensacyjnych. Sceny wyglądają na realistyczne, długie, surowe ujęcia, a nie jak dziś rwana narracja, latająca kamera – jakby dziecko kręciło z ręki, a do tego te wszechobecne komputerowe efekty specjalne. Widz dostaje po oczach i uszach i w ogóle go to nie wciąga.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s