Na krańcu świata

The Hunter (2011), reż. Daniel Nettheim

Najemnik Martin David (Willem Dafoe) otrzymuje zlecenie od korporacji zajmującej się biotechnologią. Jego zadaniem jest odnalezienie tygrysa tasmańskiego, powszechnie uważanego za wymarły gatunek, pobranie materiału genetycznego i pozbycie się dowodów na jego istnienie. Jednak w odległej Australii, bohater będzie musiał zmierzyć się nie tylko z dziką naturą. Równie niebezpieczna okaże się niechęć okolicznych mieszkańców do przybysza spoza wyspy.

Willem Dafoe jest jak wino. Niedawno, oglądając Margines życia, planowałem nadrobić zaległości z wcześniejszych etapów kariery aktora. Jak widać niepotrzebnie. Dafoe świetnie radzi sobie w wieku 56 lat. Spokojny, stonowany, nie szarżuje w ani jednej scenie. Jego poorana zmarszczkami twarz mówi nam tyle, co mapa dzikich terenów Australii. Na pierwszy rzut oka niewiele, jednak wystarczająco dużo aby zaintrygować widza. Zafascynować postacią niezależnie od motywacji jej działania. Także drugi plan wypada przekonująco – Sam Neill, Frances O’Connor. Początkowo miałem obawy odnośnie dziecięcych aktorów, jednak okazały się niesłuszne. Morgana Davies w roli Sass wypada bardzo sympatycznie i naturalnie.

Historia opowiedziana jest w dosyć nieśpieszny sposób. Wolne tempo sprzyja budowaniu sennego klimatu w dobrym tego słowa znaczeniu. W pierwszej kolejności przyszło mi na myśl wilgotne, letnie powietrze. Mimo nielicznych wydarzeń podgrzewających atmosferę, należy przygotować się na ciszę i spokój.

W filmie znajdziemy kilka wątków, które moim zdaniem, nie zostały w pełni wykorzystane. Uważam, że The Hunter mógłby trwać jakieś 40 minut więcej, ale po kolei.

Postać głównego bohatera. Charyzmatyczna, romantyczna, enigmatyczna – schemat znany z wielu filmów. „Myśliwy” nie zdradza nam żadnego sekretu ze swojej przeszłości, dawnego życia (domniemanej służby wojskowej?), pracy itp. Człowiek znikąd. Małomówny, wycofany z życia społecznego, odnajdujący spokój tylko w wykonywanej pracy. Czekając dwa tygodnie w Paryżu na zlecenie, nawet nie opuścił hotelu przy lotnisku. To dużo mówi o człowieku. Jedynym jego towarzyszem zdają się być dźwięki muzyki klasycznej. Brak rodziny i przyjaciół, wędrowny tryb życia. Również zadanie wykonuje w pojedynkę. Gdy pracodawca informuje go o powadze zlecenia i trudnościach z nim związanych, odmawia pomocy drugiego myśliwego. Po przyjeździe do obcego kraju nie ma problemu z adaptacją, szybko wyrusza w góry, by odnaleźć cel swej wyprawy.

Myślę że warto byłoby poświęcić trochę więcej czasu głównemu bohaterowi. Wprawdzie dostajemy archetypiczną, silną milczącą postać, o której im mniej wiemy, tym lepiej, jednak brakowało mi detali. Codziennych szczegółów, sposobu wykonywania konkretnych czynności, przygotowań, w których odbijałby się jego charakter. Nawet samych chwil oczekiwania, pokazujących jego spokój, zimny profesjonalizm, wręcz szorstką powłokę. Chłód bijący z jego spojrzenia. Choć to tylko moje zachcianki – jak widać reżyser uczynił bohatera bardziej ludzkim.

Natura. Kontakt protagonisty z dziewiczymi terenami Australii, które są doskonałym przykładem do ukazania kontrastu cywilizacji (najemnik) z naturą (tygrys tasmański). Idealna sceneria do poszukiwań wymarłego gatunku. Człowiek otoczony egzotyczną dla nas, nie-Australijczyków, fauną i florą. Przyroda skąpana we mgle i niebieskim świetle, nim jeszcze słońce pojawi się na niebie; magiczna godzina wypełniająca górzyste plenery; niemalże prehistoryczne krajobrazy Australii.

Tutaj również czegoś brakowało. Wyprawy bohatera wydawały mi się za krótkie. Chciałem więcej kontaktu człowieka z dziką naturą, ukazania jego sposobów przeżycia, zdobywania pożywienia, zastawiania pułapek, tropienia. Oczywiście takie sceny znalazły się w filmie, ale jak widać, zamarzyło mi się wręcz dokumentalne podejście do tematu. Również ciekawe byłoby przedstawienie rodzącej się fascynacji Davida tym dzikim stworzeniem. Chęć poznania historii i zwyczajów tygrysa, nie tylko aby łatwiej go wytropić, ale też niejako z szacunku i podziwu dla ginącego piękna.

Obcy wśród nas. Jako przybysz „zza wody”, David nie wzbudza sympatii gospodarzy. Po pierwsze, zostaje wzięty za jednego z ekologów, którzy starają się chronić okoliczną przyrodę. Wstrzymując wyręb lasów, pozbawiają pracy okolicznych mieszkańców, którzy nie kryją swego niezadowolenia. Ponadto David spotyka się z niechęcią z bardziej ogólnych powodów. Trafia do małej, zamkniętej społeczności. Mieszkańcy wyspy, a w tym wypadku nawet i oddzielnego kontynentu, nie darzą szczególnym zaufaniem obcych. Tym bardziej, iż nie mówimy tu o Sydney czy innych, bardziej zaludnionych terenach, a o Tasmanii – małej wysepce leżącej u południowo-wschodniego wybrzeża Australii. Koniec świata.

Wiem, że to nie Nędzne psy lub Czarny dzień w Black Rock, ale tutaj także miałem wrażenie, że można było troszkę przykręcić śrubę. Właściwie David nie doświadcza takiej wrogości, która uniemożliwiałaby jego pracę. „Tubylcy” dają mu do zrozumienia, że nie jest tam mile widziany, ale brakuje spięć, które wprowadziłyby atmosferę nerwowości, niepokoju, za każdym razem gdy bohater wraca z gór. Z kolei jego znajomość z rodziną Armstrongów wydają się nawet za dobra. Nie mam pretensji do dzieci, które mają łatwość w nawiązywaniu kontaktów i wcale nie muszą mieć trudności w zaakceptowaniu nowej osoby, ale ich matka Lucy nazbyt szybko wyrywa się szponom depresji.

Genetyka. Wszystkiemu daje początek korporacja Red Leaf. Firma ta chce uzyskać próbki DNA tygrysa tasmańskiego, którego organizm wytwarzał pewną toksynę paraliżującą upolowaną zdobycz. Substancja jest wartościowa, jeśli posiada ją tylko jedna firma. A że na horyzoncie zawsze pojawia się konkurencja, zadaniem najemnika jest pozyskanie materiału i upewnienie się, że nikt inny już nie odnajdzie cennego zwierzęcia.

Pojawia się ciekawy problem – jaki sens ma ewolucja, wymieranie określonych gatunków, skoro nauka umożliwia klonowanie organizmów? Zachowanie równowagi, selekcja naturalna traci rację bytu. Może wysuwam zbyt daleko idące wnioski – zamiast tego wychodzi na wierzch prosta ekologia. Film doskonale broniłby się na płaszczyźnie kontaktu człowieka z naturą i homogeniczną społecznością, ale sam jest sobie winien, że skręca w ciekawe uliczki.

Jeszcze jeden jęk – ostatnią scenę reżyser naprawdę mógł sobie darować.

Film to nie koncert życzeń, których jak widać miałem wiele, ale cóż zrobić jak człowieka coś zainteresuje. Pewnie byłbym w pełni usatysfakcjonowany gdyby The Hunter był połączeniem Podróży do Nowej Ziemi Malicka, Nędznych psów Peckinpaha i czego tam jeszcze. A najlepiej współrealizowanym przez Herzoga.

Ale ja tylko głośno myślę. Pomimo drobnych niedoróbek, warto obejrzeć dla klimatu i krajobrazów Australii, aktorów i ciekawostki, jaką jest tygrys tasmański. Dobry film.

Advertisements

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na „Na krańcu świata

  1. Bunch pisze:

    Zrobiłem do niego napisy do kopii Divx 🙂
    Bo ciężko czekać aż cokolwiek dobrego dotrze do naszego kraju.
    Pozdro!

    • szubrawca pisze:

      Niestety taki już urok polskich dystrybutorów. Dobrze, że kraje anglojęzyczne nie biorą z nas przykładu i wydają filmy na DVD dość szybko (w stosunku do premiery).

  2. Simply pisze:

    Wilk workowaty? To jest to samo?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s