Matnia

Snowtown (2011), reż. Justin Kurzel

16-letni Jamie (Lucas Pittaway), wraz z matką i braćmi, wiedzie szarą, wypraną z życia egzystencję na przedmieściach Adelajdy. Jedyne na co może liczyć to przemoc i poczucie beznadziei. Lekarstwem na otaczający go marazm zdaje się być John (Daniel Henshall), człowiek znikąd, który pewnego dnia pojawia się w okolicy. Szybko zyskuje sympatię chłopaka i pozycję autorytetu, jednak jego prawdziwa twarz okaże się znacznie gorsza, niż można by przypuszczać.

Bohaterowie tej opowieści mogliby wyssać optymizm nawet z Krzysztofa Ibisza. Elizabeth wygląda i zachowuje się jak zombie. Jej martwe spojrzenie mówi więcej, niż ona sama przez cały film. Jej nowy facet jest tak daleki od ojcowskiego ideału, jak tylko można. Jamie to chłopak słaby psychicznie, podatny na wpływy innych, sparaliżowany przez strach. Nie umie sprzeciwić się doświadczanemu poniżaniu, nawet nie prosi o pomoc. Przyjmuje wszystko jako zwyczajną część życia. Troy, starszy brat, okazuje się jednym z prześladowców. Nawet John, którego postrzegał jako przyjaciela, wywiera na niego tak silny i negatywny wpływ, że Jamie pozostaje bezradny. Jakiekolwiek dobro tłumione jest w zarodku.

Tytułowe miasteczko, leżące gdzieś w południowej Australii, zdaje się być poza światem. Wyludnione ulice, nieliczni mieszkańcy snujący się po okolicy, jakby pogrążeni w koszmarze, z którego nie da się przebudzić. Nie jest to Sydney czy Canberra, tutaj cywilizacja nie dotarła. „System” zapomniał o tych ludziach, muszą radzić sobie sami. Świat przedstawiony w Snowtown nie posiada środka. Wybór bohaterów ogranicza się do pełnienia roli ofiary, albo wzięcia sprawy w swoje ręce i stania się oprawcą. Nie ma nic pomiędzy. Jednak w tak pesymistycznym świecie, żadna z obranych dróg nie przynosi pozytywnych rezultatów. Można by pomyśleć, że to celowy zabieg reżysera, który niczym Lars von Trier chce zarazić widzów depresją. Ale też jak inaczej przedstawić historię seryjnego mordercy?

Przy pierwszym spotkaniu, John Bunting sprawia wrażenie „człowieka z misją”. Dobrze wie, że nie może liczyć na pomoc władz, dlatego na własną rękę chce oczyścić świat z otaczającego go zła. Ciężko go za to potępiać, wszak staje w obronie bezbronnej rodziny mieszkającej w sąsiedztwie pedofila. W zasadzie wszystko co robi, by przegonić degenerata z okolicy, wydaje się zrozumiałe. Problemy zaczynają się później, gdy zastraszanie już nie wystarcza, a jedynym sposobem na pozbycie się ścierwa jest morderstwo. W jednej ze scen John siedzi przy stole i sporządza listę gejów i pedofilów z okolicy, jakby robił listę zakupów. Nie ma w nim ani cienia wątpliwości, wahania co do swoich planów. Jednak sama motywacja jest już mniej oczywista i zabijanie zdaje się wynikać z potrzeby kontroli, a nie troski o potencjalne ofiary zboczeńców.

Na pierwszy rzut oka to sympatyczny, niewysoki brodacz. Wiecznie uśmiechnięty, lubiący towarzystwo. Chętnie gotuje dla swoich nowych przyjaciół, stanowi dobry wzór dla dzieci – zwraca im uwagę na kulturę osobistą, angażuje w jakieś domowe czynności, zajmuje się nimi na swój sposób. Wprowadza radość w ich życie. Z drugiej strony, jest w stanie zabić człowieka i kilka godzin później zjeść kolację bez mrugnięcia okiem. W bardzo subtelny sposób reżyser ukazuje charakter psychopaty, który próbuje zdobyć władzę nad swoim otoczeniem, choćby przez narzucanie odpowiedzi, wymuszanie posłuszeństwa.

Rzecz w tym, że nie potrafiłem go znienawidzić. Nie czułem nic w stosunku do jego osoby, gdyż nie byłem w stanie go zrozumieć. Bunting jest człowiekiem złym „tak po prostu”. Nie ma w tym wyższego celu, czy jakiegoś chorego posłannictwa. Taki typ człowieka budzi największy lęk. Zabijanie sprawia mu przyjemność, a niekiedy i korzyści finansowe. To wszystko.

Dużą zaletą filmu jest jego surowość. Brak wysmakowanych ujęć, dokładnie skomponowanych kadrów, dramatycznych zbliżeń. Zimne, bijące chłodem obrazy stają się relacją, bezosobowym spojrzeniem na rozgrywające się wydarzenia. Reżyser nie próbuje epatować przemocą czy grać na emocjach widza. Nawet najbrutalniejsze z pokazanych scen wyglądają tak, jak mogły w rzeczywistości. Przedstawione wprost – bez dynamicznego montażu, wielości ujęć i punktów widzenia – głównie poprzez długie, statyczne, wręcz beznamiętne sceny. Kurzel nie próbuje nic tłumaczyć, szukać sensu czy odciskać własnego piętna na historii – stawia odbiorcę w roli świadka i karze mu patrzyć. Nawet slow motion zostało tutaj użyte z głową. Obraz świetnie podkreśla muzyka. Hipnotyczna, wprowadzająca w trans, jakby stłumiona. Niepokojący dźwięk na kształt przyspieszonego bicia serca dobrze oddaje ponury nastrój opowieści.

Dla dwóch głównych aktorów, jak i dla reżysera, był to debiutancki film. Daniel Henshall jest tak naturalny w roli mordercy, że nawet jego sposób jedzenia wywołuje pewnego rodzaju dyskomfort. Reżyser Justin Kurzel nie wygrywa ani jednej fałszywej nuty. Film jest spójny, ostry, dokładny. Bez taryfy ulgowej, często wiązanej z pełnometrażowym debiutem.

Cóż więcej mogę napisać, żeby nie odbierać widzowi wątpliwej przyjemności z seansu? To bardzo sugestywne kino, które najlepiej ogląda się bez ówczesnego przygotowania. Snowtown jest jak powoli sącząca się trucizna. Wydarzenia kropla po kropli rozwijają się przed naszymi oczami, by w finale zabić ewentualne niedowierzanie informacją, że rozegrały się naprawdę. Jedna z tych historii, które przebiegają w tajemnicy za płotem sąsiadów.

Advertisements

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s