All you need is love

Bad Boy Bubby (1993), reż. Rolf De Heer

Z dzisiejszego punktu widzenia mógłbym zareklamować ten film jako miks humoru Mechanicznej pomarańczy, bohatera Zagadki Kaspara Hausera, struktury Oldboya, historii Forresta Gumpa i kto wie czego tam jeszcze. Oczywiście byłby to zabieg czysto marketingowy mający przyciągnąć uwagę potencjalnych widzów. Obraz De Heera doskonale broni się sam, bez potrzeby odwołań do innych utworów.

Jednak trzeba przyznać, że australijski film holenderskiego reżysera wygląda tak, jak mogłaby polska wersja amerykańskiego hitu z Tomem Hanksem w roli głównej. Brzmi głupio, bo to prawda. O ile w Ameryce wszelkie ułomności są „kinowe” i doskonale pasują do historii o przezwyciężaniu zarówno własnych ograniczeń, jak i skostniałych społecznych konwenansów, o tyle w Europie Wschodniej postkomunistyczna martyrologia preferowałaby płody w beczkach i tresurę dzieci w zamkniętej piwnicy. Brzmi tym obrzydliwiej, bo znalazło swe pokrycie w rzeczywistości. Ale już się tak nie zamęczajmy – tyleż piękna i miłości jest na świecie.

Niemłody już Bubby (Nicholas Hope) sytuuje się po środku. Chyba nie znajdzie się nikt, kto zazdrościłby mu położenia. Mimo 35 lat na karku, bohater jest jak duże dziecko. Od urodzenia trzymany w zamknięciu przez matkę, która stosuje dość ekscentryczne metody wychowawcze: seks z synkiem (jeszcze by wyrósł na „pedzia”), straszenie Jezusem i „zabawy” z kotem. Ot, cały świat Bubbiego. Zamknięty w czterech ścianach brudnej piwnicy, gdyż na zewnątrz trujący gaz uniemożliwia egzystencję. Do czasu. Na skutek drobnych rodzinnych perypetii, protagonista opuści dotychczasowe gniazdo i wyruszy w świat.

Rzecz w tym, że Bubby wcale nie jest złym chłopcem. Jak wiemy, żadne dziecko nie rodzi się złe. Bohater jest tylko i aż produktem swego otoczenia – wszystkie zachowania i odruchy przyswaja od innych ludzi. Choć zwolennicy pedagogiki empirycznej będą dalecy od zadowolenia – los chciał, że trafił na autorytet w postaci zdegenerowanej kobiety co poskutkowało skrzywieniem psychiki. Nauczony przemocy i wulgarnego języka tak właśnie będzie postępował, nie widząc w tym żadnej krzywdy dla siebie i otoczenia.

Mówiąc krótko – idealny temat na poważny, bolesny dramat psychologiczny. A jednak – reżyser doprawia całą historię specyficznym poczuciem humoru co nadaje filmowi nieco surrealistyczny klimat. Bubby po wyjściu z zamknięcia wcale aż tak nie odstaje od świata zewnętrznego. Wprawdzie jest trochę zaniedbany, ma ubogie słownictwo, w głowie mu tylko duże cycki i strach przed Bogiem, ale czy mało takich ludzi na świecie? W zasadzie wszystko co go spotyka ze strony społeczeństwa jest niemniej dziwne niż to, czego doświadczał dotychczas. Mało tego – zaznane upokorzenia okażą się wręcz pomocne, ale nie chcę zdradzać zbyt dużo.

Bad Boy Bubby można by nazwać filmem dziwnym, choć jego wymowa już tak osobliwa nie jest. Rolf De Heer zdaje się pytać o kondycję człowieka we współczesnym świecie, czy w ogóle jeszcze istnieją godność ludzka i jakiekolwiek prawa jednostki. Historia rozgrywa się w przemysłowym mieście, zdehumanizowanym krajobrazie pełnym brudu, śmieci, fabryk. Napotkani ludzie przeważnie wykorzystują Bubbiego do swoich celów, reagują agresją bez próby zrozumienia bohatera, napełniają mu głowę własnymi poglądami, głoszą śmierć Boga (wątek religijności przewija się przez cały film). Edukacja jak się patrzy.

Na szczęście świat to fajne miejsce i warto o niego walczyć, jakby powiedział Hemingway. Film w końcu obiera bardziej pozytywny kierunek, stawiając przed Bubbym dobrych ludzi, chcących go zrozumieć i gotowych obdarzyć miłością.

Jedyne do czego mógłbym się przyczepić to nieco przesadna łatwość w interakcji z obcym otoczeniem. W końcu po 35 latach w zamknięciu, wyjście na zewnątrz może być ogromnym szokiem. Ale z drugiej strony, wspomniany humor nadaje filmowi odrealniony, groteskowy klimat, a spotykające Bubbiego dziwne przygody w końcu stają się krzywym zwierciadłem dla społeczeństwa.

Nie mogę też pozbyć się wrażenia, że film bardziej nagradzał swego bohatera niż widza. Historia jest spójna i logiczna, momentami nawet zadziwiająco lekka w podejmowanych zagadnieniach. Właściwie tylko 1/3 filmu utrzymuje nas w klaustrofobicznej atmosferze, wylęgarni patologii jaką jest schron zamieszkiwany przez matkę z synem. Po opuszczeniu jego ścian zmierzamy w stronę światła. Powoli i wśród przeszkód, ale czuć wyzierające spod fasady dobro. Nie jest to wadą, może początek nastroił mnie na coś bardziej przygnębiającego, może liczyłem na jakiś moralny rynsztok. Nie wiem, tylko głośno myślę.

Choć nad obrazem pieczę sprawował Ian Jones, zdjęcia kręciło 32 różnych operatorów. Bez żadnych konsultacji między sobą, by nadać swoim częściom inny ton. Nie można też zapomnieć o odtwórcy głównej roli, świetnie oddającego graną postać (tak, zjadane przez niego karaluchy były prawdziwe). Miłośnicy zwierząt zapewne nie będą zadowoleni na wieść, że kot w filmie rzeczywiście został uśmiercony. Na pociechę dodam, że przez weterynarza w sposób bardziej cywilizowany. Drugi miał więcej szczęścia – został tylko chwilowo uśpiony.

Opowiadając tę tragikomiczną historię, obraz wzbudza różne odczucia – odrazę, zdziwienie, smutek, śmiech, zaskoczenie, współczucie. I co najważniejsze, wszystko odbywa się bez ciężaru męczeństwa czy poczucia winy. Dobry dziwny mały film.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „All you need is love

  1. Pingback: Mechaniczna pomarańcza: Początek | Bezdroża kinomana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s