Lincz

Jestem niewinny (Fury, 1936), reż. Fritz Lang

Pierwszy film niemieckiego reżysera w Hollywood musiał być nieprzyjemny dla producentów. Odwracając schemat historii opowiedzianej w M, Lang zamachnął się na wszystko co amerykańskie – konstytucję ze wszystkimi prawami wolności, życia, sprawiedliwości itp., sielankowy wizerunek małomiasteczkowej Ameryki, uczciwych i bogobojnych obywateli. Nic dziwnego, że wymuszono na reżyserze dość żałosne zakończenie, mające pozostawić widza przy „dobrej myśli”.

Tym razem głównym bohaterem jest przeciętny, ciężko pracujący i do bólu uczciwy Amerykanin Joe Wilson (Spencer Tracy). Jeden z tych gości, którzy widząc bezpańskiego psa na ulicy, przygarniają go do siebie. Mieszka z braćmi, których sposobu na życie nie pochwala – jeden z nich utrzymuje kontakty z szemranym towarzystwem, wciągając w to najmłodszego. Oczywiście spotyka się to z ostrą krytyką protagonisty, który nie pójdzie na łatwiznę nawet gdyby przyspieszyło to realizację jego marzeń – ślub z ukochaną Katherine Grant (Sylvia Sidney), która zmuszona jest podjąć lepiej płatną pracę w innym mieście. Facet jest czysty jak łza.

Gdy po niemal roku oszczędzania stać go wreszcie na spełnienie marzeń, wyrusza na spotkanie z narzeczoną. Jednak szczęście nie będzie trwało długo, gdyż na skutek pomyłki Joe zostaje uznany winnym porwania pewnej dziewczyny. Aresztowanie odbywa się na podstawie drobnych poszlak. Szeryf chce postępować według prawa, ale kilka słów usłyszanych przez żonę jednego z policjantów wywołuje lawinę. Kury domowe zaczynają plotkować między sobą, dodając coraz bardziej pikantne (i zmyślone) szczegóły, by po chwili zrobić z niewinnego człowieka potwora.

I tutaj do gry wchodzi tłum, ludzie z klasy średniej i robotniczej. Wspomniane plotki wędrują do miejscowej knajpy gdzie pewien cwaniaczek Kirby Dawson rozdmuchuje sprawę żądając sprawiedliwości. Operując prostackim podziałem dobro (czyli My, członkowie lokalnej społeczności, znający się od dawna) oraz zło (czyli obcy, każdy przyjezdny, nieznajomy) podsyca tłum swoją głupotą i nienawiścią, głosząc potrzebę samosądu. Od słów do czynów, ludzie podpalają więzienie z zamkniętym w środku Wilsonem.

Jestem niewinny w bardzo wyraźny sposób mówi o uwięzieniu niewinnej jednostki, bezmyślnych działaniach tłumu, nadużyciu prawa i zemście. Prosty człowiek został skontrastowany z rozkrzyczaną masą wykrzywionych mord, które bez żadnej znajomości faktów gotowe są zlinczować obcego. Napędzani prymitywną żądzą przemocy, przez nich postrzeganą jako sprawiedliwość, ze śmiechem na ustach atakują policjantów i podpalają budynek. Gdy po jakimś czasie okazuje się, że schwytano gang odpowiedzialny za wspomnianą zbrodnię, a mieszkańcy zamordowali niewinną osobę, następuje zmowa milczenia. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Bo przecież lepiej byłoby dla szanownej społeczności by to „wydarzenie” zostało jak najszybciej zapomniane i wybaczone – tylko ludziom humor psuje. Przecież tak zrobiłby Jezus.

Społeczeństwo zawiodło, nie ma co do tego wątpliwości. Sytuacji można było uniknąć. Szeryf wezwał na pomoc Gwardię Narodową, by pomogła zaprowadzić spokój, jednak wsparcie zostało odwołane na rozkaz jednego polityka. Wojsko interweniujące w prowincjonalnym miasteczku, rozganiające zwykłych Amerykanów-sól tej ziemi – to źle wygląda w roku wyborczym. Działalność sądu również została muśnięta odrobiną groteski. Obrońca 22 osób oskarżonych o lincz nieustannie wnosi sprzeciw, mówiąc o atakach oskarżyciela, że to tylko spekulacje, „zakładanie faktu, który nie został udowodniony”. Dochodzą do tego głosy obecnych na sali sądowej. Mężczyzna mówi, że oskarżeni są niewinni – przecież on ich zna!

Reżyser świetnie utrzymuje atmosferę nienawiści, nie tylko ludzi do Wilsona, ale także widza do poczynań bezmyślnego tłumu. Napięcie towarzyszy nam od chwili gdy bohater trafia do więzienia, aż po ogłoszenie wyroku w końcówce filmu. Lang nie stosuje taryfy ulgowej dla nikogo. Pokazuje jak prymitywne instynkty napędzają działania grupy, ale również zdaje się mówić, że niewiele dalej od nich leży żądza zemsty. Dość ponury klimat wypełnia ten świat, w którym jednostka musi walczyć o przeżycie wbrew wszystkim. I dlatego tak bardzo boli to hollywoodzkie zakończenie, nie pozwalające w pełni wybrzmieć konsekwencjom ludzkiej natury, jej uśpionej, mrocznej stronie.

Pomijając wciąż aktualną tematykę, obraz pozostaje żywy za sprawą realizacji i aktorstwa. Spencer Tracy i Sylvia Sidney są bardzo naturalni, przekonujący w swych rolach. Oboje zmieniają się pod wpływem wydarzeń w inny sposób. Joe ze zwykłego robotnika przeistacza się w niemal czarny charakter kipiący pragnieniem zemsty za wszelką cenę. Z kolei Katherine, pomimo miłości do niego i wbrew założeniu wypowiedzianemu na początku filmu („Lubisz orzeszki. Kocham cię. Więc i ja je lubię”), wcale nie podziela jego poglądu. Rozumie, że wiąże się to ze skazaniem 22 osób i chce sprawiedliwej kary w świetle obecnego prawa, a nie starożytnego „oko za oko”. Fritz Lang słynął z perfekcjonizmu i nie inaczej jest tym razem. Nie ma zbędnych ujęć czy nieprzemyślanej pracy kamery.

Reżyser przedstawił nam dość niejednoznaczne i głębokie spojrzenie na naturę człowieka. A to wcale nie jest tak oczywiste wśród hollywoodzkich produkcji z lat 30. Dobrze zrealizowany, trzymający w napięciu dramat.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s