Człowiek, który wiedział za mało

Ministerstwo strachu (Ministry of Fear, 1944), reż. Fritz Lang

Stephen Neale (Ray Milland) opuszcza szpital psychiatryczny, w którym spędził dwa lata. Długi czas w odosobnieniu sprawia, że bohater jest głodny kontaktu z ludźmi, widoku obcych twarzy, brzmienia dźwięku ich głosów. Kupując bilet do Londynu na pobliskiej stacji zauważa jarmark dobroczynny. Skuszony, a wręcz zmuszony przez wolontariuszkę Neale udaje się do jasnowidza, by poznać swą przyszłość. Jednak kobieta zdradza mu jedynie wagę konkursowego ciasta – wszystkim zdaje się bardzo zależeć na tym, by Stephen wszedł w posiadanie owego wypieku. Jaką tajemnicę kryje w sobie jarmarczny tort? W końcu zrobiono go z prawdziwych jaj…

Ministerstwo strachu zdaje się być dobrze skrojonym kinem gatunkowym, według reguły kojarzonej dziś głównie z Alfredem Hitchcockiem. Niczego nieświadomy protagonista trafia w sam środek szpiegowskiej intrygi. Chcąc rozwiązać zagadkę, szuka pomocy u ludzi zdawałoby się godnych zaufania, ale czy każdy jest tym za kogo się podaje? Szpiedzy obcego rządu, naziści, zdrajcy narodu, wojskowe tajemnice – pewne jest tylko to, że grozi mu wielkie niebezpieczeństwo. Nie zabraknie także wątku miłosnego i mrocznego sekretu z przeszłości głównego bohatera.

Początek wydawał się obiecujący. Sceny, w których Neale goni mężczyznę ze skradzionym ciastem nakręcono w studyjnych dekoracjach, co nadaje akcji pewien odrealniony klimat. Mroki nocy rozjaśniane przez wybuchy w oddali, widoczne na malowanych tłach. Mgła spowijająca okoliczne drzewa i krzaki, pokrywająca ziemię. Zupełnie jakby bohater wkraczał do krainy iluzji, zanurzonej w oparach koszmaru. Ma to swój urok. Do tego trwająca wokół wojna, spadające na miasto bomby uwydatniające kruchość życia Neale’a.

Szkoda tylko że zachwyt mija dość szybko. Atmosfera nerwowości i paranoja nie są aż tak wyczuwalne. Wiemy, że ktoś czyha na życie bohatera, ale też przeczuwamy że uda mu się znaleźć rozwiązanie. W ostatecznym rozrachunku intryg okazuje się dość błaha. Może to stosunkowo krótki metraż (82 minuty) spowodował tyle niedociągnięć. Wprawdzie otrzymujemy trochę czarnego humoru i dziwne postacie drugoplanowe, jednak nie został wykorzystany ich potencjał. Właściwie po scenie seansu spirytystycznego kompletnie znikają lub pojawiają się później na krótko, nie wywołując „trzęsienia ziemi”. Nie mogę też pominąć zakończenia – finałowa rozgrywka zostaje w pewnej chwili urwana i zaklejona humorystycznym happy endem. W rozmowie z Peterem Bogdanovichem, reżyser zdradził iż zasnął próbując obejrzeć swe dzieło w telewizji. To chyba wystarczająca „rekomendacja”.

Największą zaletą filmu jest Ray Milland. Wpierw poznałem go jako reżysera słabego filmu Panic in Year Zero!. Dopiero później jako aktora w filmach Hitchcocka (M jak morderstwo) i Wildera, któremu zawdzięcza Oscara za Stracony weekend. Rola w filmie Langa nie jest aż tak rozbudowana (gdyby nie wątek z przeszłości, postać byłaby całkiem papierowa), lecz aktor robi co może by uwiarygodnić tę historię. Takie połączenie Cary’ego Granta z Jamesem Stewartem w wersji standard, choć trzeba przyznać że ogląda się go nad wyraz przyjemnie.

Ministerstwo strachu mógłbym polecić widzom nie znającym za bardzo filmów Hitchcocka, dopiero zaczynającym przygodę z thrillerami/kinem szpiegowskim – otrzymają kawałek dobrej rozrywki. Osoby zaznajomione z tematem mogą spokojnie pominąć ten obraz.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s