Godzina wilka

czaswilka

Czas wilka (Le Temps du loup, 2003), reż. Michael Haneke

Bogata rodzina z miasta staje wobec tragedii w postaci nienazwanej zagłady. Tak jak i inni ludzie, tracą spokój i poczucie stabilności życia, jednak próbują jakoś sobie poradzić zbierając niezbędne zapasy i szukając schronienia w swym domku letniskowym. Wtedy też katastrofa dotyka ich na bardziej intymnej płaszczyźnie – okazało się, że ktoś obcy dotarł tam przed nimi i zrobi wszystko żeby zadbać tylko o siebie.

Rodzina konsumentów, żyjąca do tej pory na określonym poziomie, wg przyjętych konwenansów i społecznych oczekiwań nagle zostaje pozbawiona wszystkiego – od zdobyczy technologii, przez wodę i jedzenie, aż po podstawowe potrzeby bezpieczeństwa i miłości. Z dnia na dzień ludzie zostają odarci z narzucanych ograniczeń, liczy się tylko przeżycie zawdzięczane głównie pierwotnym instynktom lub wyrachowaniu i braku empatii. Przyjaźń czy sąsiedzka pomoc wychodzą z mody. Dobry samochód, duży dom czy status społeczny są warte mniej niż działająca zapalniczka czy broń (a co za tym idzie – przemoc).

Nie zabrakło także niemożności w porozumieniu. Chaos jaki wkradł się do życia codziennego uwydatnia problemy z komunikacją, zwłaszcza na stacji kolejowej gdzie zbierają się ludzie. Każdy ma coś do powiedzenia, ale nikt nie chce słuchać i rozumieć. Nawet młoda Eva musi pisać list do ojca, żeby po późniejszym przeczytaniu go spróbować zrozumieć co się wokół niej dzieje, gdyż nie ma osoby, z którą mogłaby o tym pomówić. Matka wydaje się za słaba psychicznie, a brat jest za młody. Zresztą dziewczyna zdaje się być ostatnią ostoją humanizmu, moralności, nadziei.

Ta namiastka społeczeństwa niewiele różni się od zbiorowości z czasów pokoju i materialnego dobrobytu – w większej grupie liczy się pozycja i zdolność do handlu, każdy musi sobie zasłużyć na wodę czy inne udogodnienia.

czaswilka (2)

Dużą rolę odgrywa tutaj forma. Jak to zwykle u reżysera nieśpieszne tempo, długie statyczne ujęcia, zimne zdystansowane spojrzenie na opowiadaną historię. Choć tym razem człowiek nie jest zamknięty w szarym, zdehumanizowanym domu/mieście, a raczej zduszony przez naturę. W wielu ujęciach ludzie wyglądają jak mrówki na tle pięknej, spokojnej przyrody, która pozostaje niewzruszona i nietknięta przez klęskę gatunku ludzkiego. To jedyna rzecz, która przetrwa.

Klimat film jest dość przygnębiający. Zamglone pustkowia, bezcelowa wędrówka, oszczędne dialogi. Cisza, która przecież zazwyczaj kojarzy się z ukojeniem, tutaj zdaje się roztaczać woń beznadziei. To nie jest amerykańska postapokalipsa, nie ma bohatera-przywódcy czy próby odbudowy cywilizacji. Wszystko jest na poważnie, garstka ludzi czeka na ocalenie snując jakieś historie o zbawicielach. Nic więcej. Choć w porównaniu z innymi filmami reżysera, tym razem zdaje się sugerować odkupienie bez konieczności poświęcenia. Ale na tym skończę, by nie zdradzać za dużo.

Nie wiem do końca jak ocenić ten film. Z jednej strony tematyka wyeksploatowana przez amerykańskie kino w spojrzeniu Hanekego jest intrygująca, inna. Wyciszona i wizualnie atrakcyjna. Z drugiej strony, reżyser nie mówi nic nowego o kondycji człowieka wobec katastrofy (niezależnie od jej wymiaru), zarówno w stosunku do poprzednich swych obrazów jak i ogólnie nurtu filmów postapo.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s