Czas apokalipsy

keoma1

Keoma (1976), reż. Enzo G. Castellari

Pod względem wizualnym, to jeden z lepszych spaghetti westernów jakie widziałem. Reżyser poszedł na całość i właściwie nie przytrafiają mu się „puste” kadry. Castellari nie szczędzi nam nietypowych ujęć, akcji w slow motion, dopracowanej scenografii oraz religijnej symboliki wplecionej w obraz. Widać, że reżyser starał się wycisnąć z produkcji co tylko się dało i oczywiście miejscami przedobrzył.

Keoma (Franco Nero) jest jednym z najbardziej ludzkich bohaterów spaghetti westernu. Człowiek z krwi i kości, pozbawiony tajemnicy – poznajemy jego przeszłość z retrospekcji i licznych dialogów. Nieskażony cynizmem, dwulicowością, chęcią wzbogacenia się. Po prostu chce żyć, być wolnym. Gdy wraca z wojny do swego miasteczka, nawiedzany duchami przeszłości, stara się pomóc ludziom, uwolnić ich od zarazy i rządów despotycznego Caldwella (Donald O’Brien). Z postacią bohatera wiąże się także lekko zarysowana antyrasistowska wymowa filmu – Keoma jest synem białego mężczyzny i Indianki, co czyni z niego gorszy gatunek. Dlatego też nawiązuje przyjaźń z czarnoskórym Georgem (Woody Strode), „miejscowym czarnuchem” znajdującym się w takim samym położeniu.

keoma2

Enzo Castellari zwracał dużą uwagę na walory rozrywkowe swych filmów. Nawet jeśli przedstawiał poważną historię, zawsze dbał także o część zawierającą akcję, strzelaniny i bijatyki. Starał się również ograniczać rozlew krwi. W Keomie chyba każda śmierć rozgrywa się w slow motion, gdy przeszyci ołowiem ludzie resztkami sił wykonują piruety i wyskoki w powietrze. Pojedynki na pięści są zwyczajnie głupawe, a ostateczne starcie bohatera z przeciwnikami jest nieco przeładowane akcją. Biorąc pod uwagę ton i symbolikę filmu, mistycyzm, lepiej wypadłoby skromniejsze, bardziej przemyślane rozwiązanie.

Właściwie wszystko co napisałem świadczy na korzyść filmu. Nawet niezamierzenie komiczne elementy akcji nie rażą w oczy – w końcu B-klasowe zagrywki to często cecha spaghetti westernu, a nie wada. Nie można też zapomnieć o muzyce. Nie wiem kim są bracia De Angelis, a że jest to schyłkowe spaghetti, nie oczekiwałem kompozycji na miarę Morricone czy Bacalova. I nawet to nie przygotowało mnie na tragiczną ścieżkę dźwiękową. Zamiast instrumentalnych kawałków dostajemy piosenki, których tekst albo opowiada to co widać na ekranie, albo tłumaczy uczucia/myśli bohatera w danej chwili. Już nawet nie wspomnę o poziomie wykonania. Zabieg tego rodzaju udał się mistrzom: Peckinpah-Dylan, Altman-Cohen, którzy oddali liryzm i nastrój opowieści unikając łopatologii. Castellari i De Angelis mistrzami nie są.

Film sprawdza się bardzo dobrze jako kino klasy B. Co raz słyszane podniosłe dialogi, iście piorunująca muzyka i furia na twarzy Keomy, gdy ten rzuca się na wrogów. Bardzo przyjemny seans.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Czas apokalipsy

  1. Mariusz pisze:

    Seans faktycznie przyjemny i pod względem wizualnym film jest naprawdę znakomity. Trochę jednak irytowały zbyt częste ujęcia w zwolnionym tempie. Co do muzyki to się zgadzam, bracia de Angelis byli specjalistami od kina typowo rozrywkowego i w takim mistycznym, brutalnym westernie się nie sprawdzili. Napisali świetną muzykę do takich filmów jak „Il corsaro nero” Sergia Sollimy, „Piedone lo sbirro”, „I due superpiedi quasi piatti” czy choćby słynne „Dune Buggy” z filmu „…altrimenti ci arrabbiamo!”, lecz w „Keomie” trudno stwierdzić jaka jest muzyka, bo została przysłonięta przez okropny wokal. Wolę spaghetti westerny z lat 60, ale ten film także niezły, choć nie wszystko stoi w nim na wysokim poziomie.

  2. Simply pisze:

    Jak mam byc szczery, to też mnie to śpiewanie wkurwiało. Jak się ,, Keoma” podobała, to polecam ,, Jonathan of the Bears” – ostatni chyba, historycznie patrząc, spaghetti western ( 1993 ! ). Castellari i Nero fundują powtórkę z ,, Keomy” w rosyjskich plenerach z jakimiś Kałmukami w rolach Indian. Do tego John Saxon i David Hess jako bad guys, trochę fajnego slo-mo ( może i Castellari czasem tego nadużywa, ale w przeciwieństwie do wielu innych umie to zajebiście robic i czuje ten środek wyrazu ), dobre kaskaderskie sceny z końmi, film bez porównania lepszy, niż ,,Powrót Django”. Żadne tam wybitne dzieło, ale całkiem przyjemna podróz sentymentalna. Też, jak pamiętam, jakaś wyjątkowo gówniana muza tam wybrzmiewa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s