Ringo (nie aż taki) Rozrabiaka

ringo

Pistolet dla Ringa (Una Pistola per Ringo, 1965), reż. Duccio Tessari

Meksykańscy bandyci dokonują napadu na bank, jednak w skutek interwencji szeryfa zmuszeni są do schronienia się na okolicznym ranczu. Bez znajomości terenu i z rannym hersztem bandy, próbują wymusić grę na swoich warunkach – zapewnią codzienną dostawę dwóch martwych zakładników do czasu, gdy szeryf zgodzi się puścić ich wolno. W obawie o mieszkańców rancza, wśród których jest też jego narzeczona, przedstawiciel prawa zwraca się o pomoc do Ringa (Giuliano Gemma), osławionego, wyjętego spod prawa rewolwerowca.

Właściwie mógłby to być western amerykański. Rzecz zaczyna się w ładnym, schludnym westernowym miasteczku, gdzie wszyscy są dla siebie mili, mają ładne ubranka zapięte pod szyję i z uśmiechem na ustach wypowiadają swoje kwestie – krok dalej i tęcza by im z tyłka wystrzeliła. Sytuacja ulega nieznacznej zmianie gdy pojawiają się bandyci. Fakt, są trochę bardziej niechlujni, ale i tak prędzej widz poczuje litość nad ich prostodusznością niż obdarzy niechęcią, jak na czarne charaktery przystało.

Film jest nieco głupkowaty, zarówno pod względem dialogów jak i zachowań postaci. Tytułowy Ringo niby jest zły, ale i tak jest dobry. Wcielający się w niego przystojniak Giuliano Gemma świeci swym bielutkim uśmiechem, że aż strach. Ze zwinnością akrobaty wskakuje i zeskakuje z konia – to samo z wszelkimi formami zabudowań. Pije mleko zamiast whisky, gra z dziećmi w klasy a gadkę ma taką, że ho ho. Wprawdzie zdarza mu się zabić kilka osób, ale tylko w obronie własnej. Kwestia zasad.

ringo2

Fabulous, no matter what.

Z kolei bandyci to raczej banda przedszkolaków, której nie wiedzieć jakim cudem udał się napad na bank. A skoro przy tym jesteśmy – pierwszy raz widziałem żeby ktoś wysadzając sejf dynamitem schował się za drewnianym biurkiem stojącym metr dalej. Ale chyba wtedy stolarka była lepsza – tradycyjnie główny bohater chowa się za kuloodpornym stołem. Niesamowicie opanowany, rozsądny i uprzejmy właściciel rancza zachowuje się jakby to goście na obiad przyjechali. Nawet zaczyna flirtować z kobietą należącą do bandy rabusiów, co do której zdaje się mieć poważne plany na przyszłość. Kobiety, nie bandy.

Pistolet dla Ringa to raczej film rozrywkowy, komediowy western. Tessari podszedł do tematu bez żadnych kompleksów. Pod względem wykonania, tempa akcji i pokładów humoru obraz ten nie ustępuje swym amerykańskim konkurentom. Pamiętam jak kiedyś filmy tego typu leciały w telewizji w niedzielne popołudnie. I to chyba jest najlepsza rekomendacja dla produkcji Tessariego – przyjemna rozrywka, która nie pozwala widzowi się nudzić.

Bo jak na spaghetti western jest raczej przeciętnie. Wszystko to nazbyt udawane, proste, wygładzone, sympatyczne. Nawet gdy przemoc stosowana jest gwałtownie i wobec bezbronnych, nie można pozbyć się wrażenia że to i tak wszystko na niby. Kwestia zasad.

Swoją drogą, motyw z mlekiem podłapał Tarantino. Siedzący w celi Ringo mówi do szeryfa „Skoro jestem twoim gościem, mógłbyś zaoferować mi coś do picia”. Proponujący whisky telegrafista słyszy w odpowiedzi „(…) Wolałbym szklankę mleka, zdaje się że słyszałem nieopodal krowy”. Hans Landa ubrał to w trochę inne słowa.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

8 odpowiedzi na „Ringo (nie aż taki) Rozrabiaka

  1. Marcin pisze:

    Nie zapominajmy o kontekście historycznym. „Pistolet…” wiele różni od ówczesnych westernów amerykańskich i jest drugi prawdziwy western spaghetti. Zupełnie inny stylistycznie od „Garści dolarów”, bo Tessariego, w przeciwieństwie do większości włoskich twórców kina gatunków, nie interesowało kopiowanie Leone.
    To ironiczny pastisz westernu amerykańskiego, przewrotnie żonglujący archetypami gatunku. Ringo to nowy typ bohatera, połączenie dziecinady, dobroduszności, cwaniactwa i egoizmu (przecież do akcji wkracza w zamian za wolność i pieniądze). Zwróć też uwagę na to, w jakim okresie umiejscowiona została fabula, a także jak z lekką jak piórko tonacją koresponduje ostentacyjna wręcz obojętność na przemoc i śmierć. Ludzie byli w szoku 🙂
    Znacznie lepszy jest „Powrót Ringa”, ale to już pod wieloma względami zupełnie inne kino.

    • Szubrawca pisze:

      Tak tak, wiem. Co nie zmienia faktu, że film jest po prostu średni, a miejscami może nawet irytować. To był jeden z ostatnich westernów jakie widziałem spośród tych, które miałem w planach, więc może dlatego nie mogę się do niego przekonać. Za mało cynizmu, za dużo pierdołowatości. A najdziwniejsze jest to że sequel nakręcony tego samego roku jest już diametralnie innym filmem. „Powrót Ringa” to jeden z 10 moich ulubionych Spaghetti Westernów Bez Leonego 🙂

  2. Wongo pisze:

    Scena u Tarantino ma również inne źródło inspiracji. Jeśli chodzi o wygadanego Niemca maglującego werbalnie mężczyznę z zarostem przy stoliku ze szklaneczką mleka to „The Passage” J. Lee Thompsona się kłania: https://www.youtube.com/watch?feature=player_detailpage&v=BAPYoo_BxHA#t=1141s

    • Szubrawca pisze:

      O proszę. Myślałem, że Tarantino był bardziej subtelny w swych zapożyczeniach. Dzięki. Znam postać Thompsona ale o tym filmie prawie nic nie słyszałem.

      • Wongo pisze:

        Postać Landy jest wyraźnie inspirowana Von Berkowem z tego filmu. Nawet z twarzy Waltz może się wydawać dobrany pod McDowella. Ten ostatni mógł sobie bardziej pohulać, miejscami na granicy kina eksploatacji, choć ostatecznie chyba jednak trochę przeszarżował. Ale dla niego i delirycznej końcówki można obadać „Przeprawę”.

        A wracając jeszcze do wcześniejszego, to obejrzałem „Bękarty” Duccia i tam zziajany Gemma wpadł do knajpy gdzieś w Redneckowie i zamówił szklankę zimnego mleka :]

        Fajny blog BTW!

      • Szubrawca pisze:

        No cóż – z szukania zapożyczeń w filmach QT można by uczynić zawód 🙂

        A dziękuję. Nie prowadzę go tak regularnie jakbym chciał, ale zapraszam do czytania.

  3. Simply pisze:

    Bardzo dobrze, ze McDowell przeszarżowal w , The passage”, on jest stworzony do przegiętego aktorstwa. Jego hauptsturmfuhrer zjada standartenfuhrera Landę, na przystawkę. Scena kulinarna z Michelem Lonsdale może odebrac resztki apetytu. Jeszcze jeden taki kozak w SS i Niemcy mogłyby tę wojnę wygrac 😀 Mój ulubiony szkop w historii kina.

    • Wongo pisze:

      W ogóle Berkow to postać jakby wrzucona do kina głównego nurtu z jakiegoś dusznego nazisplotation. Ze swastyką na slipach, wykorzystujący analnie Żydówkę albo zabawiający się w szalonego kuchcika. Dla publiczności nastawionej na standardowe wojenno-przygodowe widowisko (wszak reżyser „Dział Nawarony”) musiało to stanowić spory szok 🙂 W Stanach film zdjęto z kin po tygodniu. A Landa to dla mnie taka przefajnowana ciepła klucha, nie potrafię się jarać.

      @Szubrawca: Od dawna zaglądałem po cichu. A skoro już coś skrobnąłem, to należało się parę słów uznania za krzewienie wiedzy o zapomnianym kinie 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s