Guys On a Mission – Wprowadzenie

akcja

Tymczasowe zmęczenie spaghetti westernem pchnęło mnie w stronę innej kategorii filmów, mianowicie Guys On a Mission*. Jak sama nazwa wskazuje, motywem przewodnim jest wykonanie samobójczej, straceńczej lub po prostu trudnej misji przez grupę twardszych niż trumienne gwoździe facetów. Zatem w kręgu zainteresowań znajdą się głównie tytuły wpisane w ramy kina akcji, wojennego i sensacyjnego.

Właściwie na tym można by zakończyć charakterystykę, ale po pierwsze – gdzie w tym zabawa? A po drugie – lista z filmami stałaby się zaskakująco długa. Dlatego też wyodrębniłem 6 podstawowych zasad, które decydując o przynależności gatunkowej, ułatwią sporządzenie listy. Wygląda to następująco:

1. LICZEBNOŚĆ

goam1

Wielkość grupy uderzeniowej winna zamykać się w przedziale od 4 do 14 osób. Wykluczone zostają osobiste eskapady w stylu Rambo, małego 3-osobowego zespołu, który nie zrobi odpowiedniej rozpierduchy oraz większych oddziałów, w przypadku których ciężko będzie skupić się na poszczególnych postaciach. Dopuszczana jest możliwość, gdy ekipa wyrazistych bohaterów ma do dyspozycji wsparcie, jednak na zasadzie nie odciągającego uwagi mięsa armatniego.

2. ZRÓŻNICOWANIE

goam2

Grupa powinna składać się z różnej maści wyrzutków, najemników, żołnierzy, specjalistów itp., mających zróżnicowane właściwości bojowe. Mogą się znać, być starymi partnerami, kumplami z wojska czy towarzyszami niedoli w „hanojskim piekle” jak major Charlie Rane. Ważne by zaistniała różnica charakterów/motywów działania. Jednolity, ułożony zespół ma tendencję do zbyt sprawnego funkcjonowania. O ileż ciekawsza jest historia, jeśli pojawiają się starcia i napięcia między jednostkami.

3. MISJA

goam3

Zadanie wykonywane przez bohaterów musi być zlecone z zewnątrz – osoba prywatna, dowództwo wojska itp. Odpadają filmy o bandzie chcącej wzbogacić się na własny rachunek, standardowe historie o napadach oraz filmy o ucieczkach.

4. MACHO BULLSHIT

goam4

Jak przystało na męskie kino, bohaterowie powinni być twardzi, że aż strach. Siekierą ciosane riposty; mięśnie ze stali sprawiające wrażenie, jakby były oddzielnym, żywym organizmem; jeśli nie rzeźba na miarę Arnolda to spojrzenie mogące ciąć drewno, kamienna twarz, piekielna biegłość w posługiwaniu się bronią, bezwzględność w zabijaniu; nie zawadzi obecność czarnego humoru.

5. ZGNIŁE JAJKO W KOSZYKU

goam5

Dodatkową atrakcją jest obecność zdrajcy w szeregach oddziału. Kogoś, kto komplikuje plany, poddaje w wątpliwość lojalność członków ekipy, zagraża życiu i wykonaniu zadania. Wichrzyciel, nicpoń, urwipołeć – zwał jak zwał. Nie jest to cecha obowiązkowa, ale bardzo mile widziana.

6. KONWENCJA

goam6

Biorę pod uwagę filmy rozgrywające się w ramach konwencji guys on a mission, opowiadające jasno określoną historię bez przekraczania granic gatunku. Odpadają hołdy, pastisze, filmy „w stylu” i inne produkcje zbyt świadome ramy w jakiej się znajdują.

Filmy oczywiście będą różniły się między sobą pod względem natężenia poszczególnych składników. Nie wiem ile zajmie mi ułożenie własnej listy, jako że wiele z nich trwa ponad 2 godziny, ale pierwszy krok zrobiony. A nuż ktoś w międzyczasie podrzuci ciekawy tytuł.

* Częściej można spotkać się z określeniem Men On a Mission, ale ze względu na fakt, iż tak brzmiał pseudonim walczących w parze wrestlerów (Nelson Frazier Jr. & Robert Horne), postanowiłem używać tej drugiej formy.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

13 odpowiedzi na „Guys On a Mission – Wprowadzenie

  1. Mariusz pisze:

    Moim numerem 1 w tym gatunku są zdecydowanie „Działa Nawarony”. Wzór i inspiracja dla wielu późniejszych filmów w kategorii Guys On a Mission. Jest w nim szóstka zróżnicowanych bohaterów, którzy zostają wysłani na samobójczą misję i na swej drodze napotykają wiele przeszkód. Chociaż jest wśród nich zabijaka nazywany Rzeźnikiem z Barcelony to okazuje się on człowiekiem zmęczonym wojną, mającym dość zabijania, i tak naprawdę żaden z tych wojaków nie jest zły do szpiku kości. Ale mimo to nie jest nudno. Scena wykrycia zdrajcy pełna jest napięcia. Bo zdrajca nie wygląda wcale na podstępnego intryganta, zasługującego na karę śmierci. Bohaterowie mają dylemat, nikt nie chce go zabijać, a jednak zdają sobie sprawę, że nie mają innego wyjścia – aby wykonać zadanie muszą wybrać mniejsze zło. Wczoraj na Polsacie można było obejrzeć ten film, ja go już widziałem chyba dziesiąty raz i nadal się nie nudziłem, mimo że wiedziałem jak się skończy. Oprócz wartkiej akcji film ma świetną muzykę, bardzo dobre aktorstwo i fajnie sfilmowane greckie plenery.

    • Szubrawca pisze:

      Niestety nie podzielam twojej opinii. Właśnie niedawno obejrzałem „Działa”, za dzieciaka widziałem tylko urywki w telewizji. Do pewnego momentu ogląda się nad wyraz dobrze, ale później jakoś to wszystko traci impet. Bohaterom nie poświęca się aż tak dużo czasu – wprawdzie są zróżnicowani i na swój sposób charakterystyczni, ale nie mają wielkiego pola do popisu. Właściwie poza wkładem w ostateczne działanie, nie dają się zapamiętać po drodze. Oczywiście poza Peckiem i Quinnem, ale to też zasługa wizerunku aktorów. Peck chwilami wydawał mi się zbyt wymuszony. Fajny klimat i scenografia – malowane tła, makiety i studyjne dekoracje mają swój urok. Choć pewnie moja ocena się zmieni. Dopiero pierwszy raz widziałem film w całości, a powtórki są zawsze mile widziane.

      • Mariusz pisze:

        Rozumiem Twoje zarzuty, ja po pierwszym oglądaniu zapamiętałem tylko trzech bohaterów z tej ekipy, dopiero późniejszy seans mi uświadomił, że było ich więcej 😀 Dla mnie to jednak klasyk i arcydzieło w swoim gatunku. Choć lubię także „Parszywą dwunastkę” i „Tylko dla orłów” to jednak „Działa…” są dla mnie filmem lepiej wyreżyserowanym, z bardziej precyzyjnym scenariuszem i lepszym aktorstwem. I wbrew pozorom, nie jest to film ukazujący wojnę jako fajną przygodę, da się tu zauważyć antywojenną wymowę.

      • Szubrawca pisze:

        Lepsze aktorstwo niż w „Parszywej”? Cassavetes kładzie Pecka na łopatki. I wymowa też jest o wiele bardziej dobitna. Nie dość, że wojsko organizuje misję przy użyciu zgrai socjopatów, to jeszcze Lee Marvin wrzucający granaty i lejący benzynę na uwięzionych w bunkrze nazistów i ich kobiety. Nawet dzisiaj niektóre sceny dają kopa.

      • Mariusz pisze:

        Zgadzam się, że Cassavetes jest świetnym aktorem, wcale tego nie kwestionuję. Według mnie jest równie dobrym aktorem co Peck. Tylko że „Działa…” według mnie mają nieco mocniejszą ekipę, bo nawet epizody są tu bardzo wyraziste (np. epizod Richarda Harrisa na samym początku).

  2. Simply pisze:

    Uwielbiam w takich filmach sceny werbunku, kiedy każdy hirou ma swoje wejście i autoprezentację, trafia się ostre kozaczenie i próby sił z dowódcą, no i masa celnych tekstów, jakie przy tym latają…. Tego mi własnie zabrakło w ,,Expendables”.
    Nie wiem, czy pierwszym w historii, ale chyba pierwszym wybitnym i ustalającym wzorzec obrazem Guys on a Mission było ,,Siedmiu Samurajów”.
    A ostatnio, to sobie ,,Dzikie Gęsi” jedynkę odświeżyłem.

    • Szubrawca pisze:

      Wprowadzenie bohaterów to jeden z najlepszych elementów. W „Parszywej dwunastce” trwa prawie pół godziny! Miazga, jak chyba nigdzie indziej. Kurosawa nie był pierwszy (choćby „Operacja Birma” Walsha z 1945), ale rzeczywiście sprawdził się doskonale w tej konwencji. Właśnie się zastanawiam, czy uwzględniać w rankingu filmy, które są arcydziełami z innych względów, niż tylko macho misja. „Siedmiu samurajów”, „Czas apokalipsy”, „Obcy” to jedne z moich ulubionych filmów i powinny trafić do czołówki. Ale z drugiej strony, szkoda mi zabierać miejsce innym, mniej znanym tytułom. Wymienione klasyki mają dostatecznie dużą widownię i nie potrzebują dodatkowej reklamy. Zobaczymy.

  3. Simply pisze:

    Jasne, zdecydowanie lepiej wydobyc z pomroków skazane na zapomnienie pozycje, niż bic czołem przed klasykami, jak wszyscy na około.
    Pomyślę, wpadnie mi coś fajnego do głowy , to podrzucę.

  4. uncle pisze:

    Wielkim znawcą tego gatunku nie jestem, ale jeśli chcesz poznać jakieś mniej znane pozycje spełniające twoje wymogi to możesz sprawdzić filmy „Bohaterowie z piekła”(Quel maledetto treno blindato) Enzo Castellariego i „Kryptonim: dzikie gęsie”(Geheimcode: Wildgänse) Antonio Margheritiego z Lee Van Cleefem i Klausem Kinskim (fan spaghetti westernów powinien być zadowolony).
    … no chyba że już widziałeś:)

  5. Jaskier pisze:

    Robowar?
    Nie oglądałem, ale, z tego co kojarzę, wpasowałby się jak ulał.

  6. Pingback: Podwójny seans z męskim kinem „guys on a mission” | Bezdroża kinomana

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s