Wszystkiego najlepszego, John

107 lat temu urodził się John Huston, twórca Sokoła maltańskiego, Skarbu Sierra Madre, Asfaltowej dżungli, Nocy Iguany, Zachłannego miasta i dziesiątek innych obrazów. Legendarny amerykański reżyser, którego życie składało się z niezliczonych anegdot i przygód. Kilka z nich przytoczył odbierając nagrodę za życiowe osiągnięcia od Amerykańskiego Instytutu Filmowego w 1983 roku, co możecie obejrzeć na powyższym filmie. Nie stronił od alkoholu, kobiet, dobrej zabawy i mocnych wrażeń. Często dawał się we znaki nawet bliskim znajomym i współpracownikom. To dobra okazja, by zapoznać się z jego biografią.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Ludzie kina i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

14 odpowiedzi na „Wszystkiego najlepszego, John

  1. Mariusz pisze:

    Choć widziałem sporo jego filmów i niektóre bardzo sobie cenię, to żadnego nie uważam za arcydzieło. No ale nie widziałem jeszcze Skarbu Sierra Madre ani Moby Dicka – może to właśnie te filmy należą do jego najwybitniejszych osiągnięć. Na razie moim ulubionym filmem tego twórcy jest udana satyra na brytyjski kolonializm „Człowiek, który chciał być królem” z aktorskim duetem Sean Connery – Michael Caine. Ale wysoko oceniam także Asfaltową dżunglę, Afrykańską królową i Nie do przebaczenia. Niestety obok takich klasyków Huston wziął też udział w totalnych gniotach takich jak parodia Bonda „Casino Royale”.

    • Szubrawca pisze:

      To raczej normalne. Nie znam reżysera, który mając na koncie kilkadziesiąt filmów, kręciłby same arcydzieła. Zawsze są jakieś wzloty i upadki. Zresztą nie lubię tego wyświechtanego słowa i staram się go nie używać. Z filmów Hustona cenię sobie i chętnie wracam do tytułów wymienionych w poście. Jeszcze nie przeżarłem się przez „Skłóconych z życiem” – nie przepadam za Marilyn Monroe, więc przyda się kolejny seans. Również „Mądrość krwi” i „Pod wulkanem” wypadałoby powtórzyć. „Moby Dick” średnio przypadł mi do gustu. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że oglądam po prostu ekranizację szkolnej lektury. A z pozostałych filmów muszę jeszcze zobaczyć „Korzenie niebios” i „Zmarłych”. Kino to tylko jeden z aspektów osobistości, jaką był Huston. Przy tak bogatym stylu życia, filmy kręcił praktycznie mimochodem.

      • Mariusz pisze:

        Jednak tacy twórcy jak chociażby Peckinpah, Hawks, Ford czy Hitchcock zrealizowali kilka filmów, które można uznać za wybitne, bo znacznie odstają poziomem od pozostałych. Hustonowi jednak nie udało się stworzyć takiego ponadczasowego dzieła, choć próbował – „Skłóceni z życiem” jest ambitne jak cholera, ale raczej nie przetrwało próby czasu, ciężko się je ogląda. Ja ten film obejrzałem właśnie ze względu na Marilyn (a nie Hustona), film według mnie nie jest zły właśnie dzięki świetnie obsadzonym aktorom i stawiam go gdzieś tak pośrodku – między klasykami w rodzaju Asfaltowej dżungli a porażkami w stylu Pobij diabła czy Honor Prizzich, które mnie masakrycznie wykończyły 😉

      • Szubrawca pisze:

        „Skarb Sierra Madre” jest ponadczasowy.

        Porównanie z Peckinpahem jest bez sensu. Sam nakręcił prawie 4 razy mniej filmów z czego nie wszystkie były udane. No ale jak już trafił, to walił młotem po łbie. „Dzika banda”, „Nędzne psy”, „Pat Garrett”, „Strzały o zmierzchu”, „Ucieczka gangstera”. Jeszcze nie przegryzłem się przez „Dajcie mi głowę…”. To inny reżyser.

        Już bardziej pasują tutaj Hawks i Ford. Wprawdzie Ford nakręcił świetne „Miasto bezprawia”, ale o jakiej wybitności mówisz w przypadku Hawksa? Może „Wielki sen” by tu pasował.

        Hitchcock był nudny. Jak już wszedł na określony poziom to rzadko trafiały mu się odstępstwa. A nawet jak nakręcił słabszy film, to i tak przyćmiewała go reszta filmografii. No ale Sir Alfred to był majster…

        Ja nie porównuję reżyserów w ten sposób. Johna Hustona lubię ze względu na jego charakter, niezależność, żądzę przygody, legendę jaką został obudowany. Filmy są raczej tłem.

      • Mariusz pisze:

        Z Peckinpaha nie widziałem jedynie jego debiutanckiego westernu pt. „Niebezpieczni kompani”. Co do reszty jego filmografii to oczywiście zdarzały mu się wpadki (jak np. „Elita zabójców”, „Alfredo Garcia” też średnio mi podszedł). W powyższym komentarzu chodziło mi o to, że Huston nie nakręcił jakiegoś wielkiego dzieła, które zasługiwałoby na maksymalną ocenę. Lubię niektóre jego filmy, ale obejrzałem je raz i nie mam ochoty do nich wracać. Natomiast inna sprawa jest z reżyserami, które wymieniłem. Filmy Peckinpaha „Dzika banda”, „Nędzne psy”, „Ucieczka gangstera” i „Żelazny krzyż” to są filmy różnych gatunków, a jednak każdy jest rewelacyjny. Hitchcock działał w obrębie jednego gatunku, ale nie uważam tego za wadę. „Cień wątpliwości”, „Okno na podwórze”, „Północ północny zachód” czy chociażby „Ptaki” – mocne 10/10. Z filmów Forda świetne są „Dyliżans”, „Fort Apache”, „Poszukiwacze” i „Człowiek, który zabił Liberty Valance’a”. A Hawks przecież zrobił takie arcydzieła jak „Człowiek z blizną”, „Mieć i nie mieć”, „Wielki sen”, „Bezkresne niebo”, no i przede wszystkim dwa filmy należące do najlepszych westernów wszech czasów – „Rzeka Czerwona” i „Rio Bravo”. Realizował on filmy niemal wszystkich gatunków i jego wkład w kino gatunkowe jest nieoceniony. Bardzo rzadko stosował zbliżenia, co ułatwiało odbiór, a kodeks Haysa pozwolił mu zamiast dosłowności operować aluzjami, dwuznacznikami. Zaliczany jest do tzw. reżyserów-autorów czyli tych twórców, którzy odcisnęli wyraźne piętno na swoich filmach, mimo iż nie pisali do nich scenariuszy. Wiadomo że jakieś wpadki mu się zdarzały, ale to jednak mistrz, który miał swój styl, swoje ulubione tematy i sporo ciekawych patentów na to, jak sprawić, aby film oparty na dialogach nie był nudny 😉

      • Szubrawca pisze:

        „Niebezpieczni kompani” to średni film. Dosyć konwencjonalny. Kuleje montaż i napięcie, które przecież były mistrzowskie w najlepszych filmach Sama. Dobrze jest sobie obejrzeć go już po zapoznaniu z „Dziką bandą” itp. – fajnie wyłapuje się motywy i akcenty, które reżyser rozwinął w późniejszej twórczości. Debiut przeciętny, ale ciekawostka dla fanów.

        Co do wpadek to jeszcze tragiczny „Weekend Ostermana”, ale ponoć Peckinpah był wtedy tak zaćpany, że studio odebrało mu ten film i dokończyło montaż bez niego. Więc to też raczej kolejna ciekawostka.

        Fakt, żadnemu filmowi Hustona nie wystawiłem najwyższej oceny. Większość to 8 i 7, kilka 5 i 6, jedna 9. Ale jak już wspomniałem wyżej, lubię Hustona za całokształt, a nie sam dorobek filmowy. Lubię klimat jego historii, ewolucję bohatera na przestrzeni jego kariery.

        „Cień wątpliwości” ma u ciebie najwyższą notę? Toż to jeden z najsłabszych filmów Hitcha, pełen głupot i nielogiczności.

        Od Forda poza świetnym „Miastem bezprawia” widziałem tylko „Dyliżans” i „Poszukiwaczy”. Nie zrobiły na mnie jakiegoś większego wrażenia. Klasyczne końskie opery raczej nie są dla mnie.

        Za Hawksa planuję się zabrać. „Wielki sen” i „Człowiek z blizną” są bardzo dobre, ale „Rio Bravo” to już w wielu momentach zbytnia dziecinada, sztuczne to i wygładzone. Ale młoda Angie Dickinson…

  2. Simply pisze:

    Sam Peckinpah był moim zdaniem najbardziej utalentowany z wymienionych. I miał najtrudniej – nie posiadał tak mocnej pozycji w Hollywood, jak pozostali, non stop się ciorał z producentami, do tego jego nałogi i wredny charakter też mu życia nie ułatwiały. Mimo to cały czas trzymał wyrównany ( czytaj: bardzo wysoki ) poziom tego, co kręcił i pod tym względem niewielu może się z nim równac. Nie widziałem tylko ‚The Deadly Companions’, a za słabsze ( choc wcale nie jakoś tragiczne ) uważam ‚ Elitę Zabójców’ i ‚Weekend Ostermana’. Reszta miażdży.
    Mam spore braki, jak chodzi o Hustona. Najbardziej lubię właśnie ‚ Skarb Sierra Madre’ i ‚Moby Dicka’. W tym ostatnim ta prostodusznośc nie nie jest dla mnie wadą . W końcu odrzucając z tej cegły Hermana Melville’a te wszystkie opisy i refleksje i zostawiając samą , właściwą fabułę – mamy story o złożoności konstrukcji cepa. Film jest olśniewająco sfotografowany przez Oswalda Morrisa, a finałowa akcja z białym wielorybem rozpierdala ! Właśnie najbardziej obawiałem się tego, że to skaszanią, a dostałem kto wie, czy nie najlepszy animal attack lat 50-tych, który kompletnie się nie starzeje. Tylko Peck moim zdaniem nie podołał ( chociaż się starał ), trzeba było kogoś w rodzaju Burla Ivesa wziąc do roli Ahaba.
    Z westernów Hustona nie trawię ‚Unforgiven’, który jest tak irytująco głupi, ze się idzie zbełtac. Za to Audrey Hepburn wygląda cudownie i tylko dla niej warto tego crapa oglądac. Dużo lepszym filmem jest na poły groteskowy ‚ Life and Times of Judge Roy Bean’ – biografia słynnego sędziego wieszatiela z Paulem Newmanem.
    Ciekaw jestem ‚ Fat City’.

    • Szubrawca pisze:

      Spośród wymienionych to chyba właśnie Peckinpah jest moim ulubionym reżyserem. Pierwszym jego filmem, jaki widziałem, była „Dzika banda” – obejrzany w odpowiednim momencie stał się jednym z tych obrazów, które przywróciły mi wiarę w kino. Nawet w ambitnej porażce, jaką jest „Major Dundee”, pokazał rozmach i charakter. Swego czasu przeczytałem sporo złych opinii na jego temat i byłem szczerze zdziwiony po obejrzeniu. Może i rozłazi się chwilami, ale to nadal krwisty kawał mięcha. O jego najlepszych filmach nawet nie będę już wspominał.

      „Moby Dick” mnie nie porwał, ale też widziałem go w wersji przyciętej do 4:3, więc kto wie. Mi też nie bardzo Peck pasował. „Unforgiven” nie widziałem i raczej nie planuję w najbliższej przyszłości. Chyba nie słyszałem jeszcze pochlebnej opinii na jego temat. Ale z drugiej strony – na Audrey Hepburn zawsze miło popatrzeć. „The Life and Times of Judge Roy Bean” jest niezły. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to western Coenów. Przecież Bad Albino Bob (!) mógłby pojawić się w dowolnym filmie braci i pasowałby jak ulał. Zresztą wymienili kiedyś w jakimś wywiadzie film Hustona jako jeden z ulubionych.

      „Fat City” to moim zdaniem jen z lepszych filmów Hustona. Wyciszony, dobrze zagrany neo-noir. Gorzki w opowiadanej historii, ale pełen sympatii dla bohaterów.

  3. Mariusz pisze:

    W takim razie koniecznie muszę się zabrać za „Skarb Sierra Madre”, „Fat City i … finał „Moby Dicka”. Może wtedy moja opinia o Hustonie się poprawi 😉 Muszę sobie też przypomnieć „Miasto bezprawia” Forda, wieki temu oglądałem ten film.
    „Unforgiven” nie uważam za porażkę, to prawda że scenariusz nie jest przemyślany, ale sporo jest też zalet i daję filmowi solidne 7/10. Byłem również zaskoczony tym, że podobał mi się „Weekend Ostermana”, wcześniej naczytałem się o nim wielu krytycznych opinii, a jednak zauważyłem w tym filmie niektóre cechy stylu Sama, przede wszystkim tę drapieżność.
    „Cień wątpliwości” jednym z najsłabszych filmów Hitchcocka? Przecież sam Hitchcock uważał, że to jego najlepszy film. Pozornie wygląda niezbyt wiarygodnie, bo prawda ukryta jest w skrupulatnie skonstruowanym portrecie mieszkańców. Napięcie zbudowane jest za pomocą prostych środków, ważniejsze od samej intrygi są szczegóły, np. gesty i spojrzenia aktorów, filmowane czasem w zbliżeniach (jak w pamiętnej scenie przy stole obiadowym). To dzieło przemyślane w najdrobniejszych szczegółach, inteligentne i wciągające. Najlepszy film Hitcha z lat 40-tych.
    „Rio Bravo” dziecinadą? Chyba jesteś po prostu uprzedzony do starego kina, a szczególnie klasycznych westernów. Film jest doskonały – znakomicie rozbudowane postacie, mistrzowskie dialogi, sporo genialnych scen, świetne wykorzystanie muzyki, akcje dawkowane rozsądnie, kapitalna obsada, chociaż Wayne wyraźnie ustępuje pola ekranowym partnerom. Bez moralizowania, ale za to z humorem Hawks opowiedział prostą i wiarygodną historię o tym, że czasy pionierów się skończyły, a ludzie osiedlili się w miasteczkach, do których trafiła też zbrodnia, bezprawie, prawo rewolweru. To nie jest zwykły western, ale kronika tamtych czasów, olśniewająco sfilmowana i opowiedziana w sposób przystępny, zabawny, wciągający.
    Na koniec jeszcze sprecyzuję jedną rzecz – do arcydzieł zaliczyłem film „Mieć i nie mieć”, chyba jednak niesłusznie, bo choć lubię ten film to jednak za bardzo przypomina on „Casablancę”, aby zaliczyć go do wybitnych osiągnięć reżysera.

  4. Szubrawca pisze:

    To, że Hitchcock uważał go za swój najlepszy film o niczym nie świadczy. Paul Thomas Anderson jest miłośnikiem komedii z Adamem Sandlerem – zachwyt geniusza nad jakimś filmem nie czyni z niego arcydzieła. To po prostu jego opinia. Nie mam teraz możliwości powtórzenia sobie „Cienia wątpliwości” by wymienić zarzuty, ale znalazłem na filmwebie temat, w którym mniej więcej ktoś to sprecyzował:

    http://www.filmweb.pl/film/Cie%C5%84+w%C4%85tpliwo%C5%9Bci-1943-9463/discussion/3+10,1501229

    Sama historia z odwiedzinami złego wujka jest świetna, ale rozłazi się w szwach. Hitchcock kręcił o wiele lepsze filmy w latach 40. – „Rebeka”, „Podejrzenie”, „Łódź ratunkowa”, „Osławiona”, „Lina”.

    Nie jestem uprzedzony do starego kina, wręcz przeciwnie – nawet nie zauważyłbym różnicy, gdyby dzisiaj przestano kręcić filmy (oczywiście, że przesadzam). To właśnie stare kino mnie interesuje. Pierwszymi westernami jakie zapadły mi w pamięć były „Dobry, zły i brzydki” oraz „Dzika banda”, dlatego tak trudno jest mi się przekonać do klasycznego amerykańskiego teatrzyku. Takie właśnie jest „Rio Bravo” – czarno-białe, wygładzone. Jakiekolwiek napięcie dobijane jest przez humor. Niby miasteczko jest obstawione przez „tych złych, którzy wcale aż tak źli nie są”, a życie toczy się dalej jak gdyby nigdy nic. Zagrożenia tu jak na lekarstwo. Słabo zagrany. Dean Martin i Ricky Nelson to tylko ładnie wyglądające kukiełki. Naprawdę ułomny wątek miłosny. Nawet nie wspomnę o cudownym ozdrowieniu z alkoholizmu. Zresztą nie ma sensu pastwić się nad tym filmem. Po prostu nie lubię takich wychuchanych westernów, w których wszystko jest łatwe. A przecież Amerykanie potrafili kręcić lepiej, choćby „Zdarzenie w Ox-Bow” czy „Ostatni pociąg z Gun Hill. Pewnie jeszcze „15:10 do Yumy”, ale wstrzymam się z osądem aż do obejrzenia.

    „Mieć i nie mieć” planuję zobaczyć. „Casablanca” to raczej kulawy klasyk-bo-klasyk, więc film Hawksa może wypaść tylko lepiej.

  5. Mariusz pisze:

    Widać, że mamy inne gusta jeśli idzie o Hitchcocka i westerny. Z jednym tylko się zgadzam – „Ostatni pociąg z Gun Hill” to faktycznie świetny western. Leone i Peckinpah, wiadomo, że zrobili szereg znakomitych filmów, ale nie mogliby nakręcić tych polemicznych wobec klasyki westernów, gdyby wcześniej Hawks i inni nie przetarli im szlaku. Tak samo „Rio Bravo” pewnie by nie powstało, gdyby nie „W samo południe” Freda Zinnemanna. Każdy z nich jest w pewien sposób filmem wyjątkowym, przełomowym, inspirującym.

    Te filmy Hitchcocka, które wymieniłeś, oglądałem i nie uważam aby były lepsze od „Shadow of a Doubt”, szczególnie „Łódź ratunkowa” jest filmem nudnym, przegadanym, moralizatorskim, po prostu irytującym i do tego ze sztucznym aktorstwem. W każdym filmie można dopatrzyć się jakichś błędów, ale nawet każdy błąd logiczny można jakoś uzasadnić, np. tym, że w momentach pełnych napięcia ludzie zwykle nie myślą logicznie i stąd ich dziwne zachowanie. Niektórych takie błędy rażą bardziej, innych mniej. W „Shadow of a Doubt” rażą tylko jakichś szubrawców 😉

    Ja tymczasem obejrzałem ostatnio „Skarb Sierra Madre”. To był błąd, że tak długo zwlekałem z oglądaniem tego dzieła, bo jest ono naprawdę wspaniałe. Jak na razie jest to jedyny film Hustona, który otrzymuje ode mnie maksymalną ocenę.

    • Szubrawca pisze:

      Taki już żywot szubrawców 🙂 Konkluzja jak najbardziej zadowalająca. Hawks i Hitchcock nakręcili tyle filmów, że spokojnie można sobie lubić i nie lubić co się chce. Zresztą byłoby nudno, gdyby każdy miał takie same zapatrywania.

      Sam byłem nieźle zdziwiony po pierwszym seansie „Skarbu Sierra Madre”. Spodziewałem się już nieco przykurzonej klasyki, a film okazał się nadal żywy i aktualny w najdrobniejszych szczegółach. Szkoda tylko, że to jedyny tak „wystający” obraz w filmografii Hustona.

  6. Mariusz pisze:

    A oglądałeś może „Key Largo”? Film powstał w tym samym roku co „Skarb…” i też z Bogartem na pierwszym planie. Zrealizowany na Florydzie film jest bardziej kameralny, akcja rozgrywa się w jednym miejscu, a dookoła tego miejsca szaleje huragan. Obsada jest mistrzowska, obok Bogarta także Lionel Barrymore, Edward G. Robinson, Lauren Bacall i nagrodzona Oscarem Claire Trevor (znana z „Dyliżansu” Forda). Jednak film, niestety, mnie rozczarował, pomysł jest świetny, klimat osaczenia nieźle ukazany, ale cała intryga rozegrana bez polotu, monotonnie, przez co nie odczułem zupełnie napięcia. Może nie jest to jeden ze słabszych filmów Hustona, ale na pewno jeden z tych bardziej rozczarowujących, gdyż potencjał był, zabrakło solidnego wykończenia.

    • Szubrawca pisze:

      Oglądałem, ale już dawno temu. Pamiętam, że mi się podobał, jednak nie tak, jak tego oczekiwałem. Punkt wyjścia jest świetny. Grupka ludzi całkowicie odcięta od świata, nie tylko przez pobyt na wyspie, ale i huragan. Do tego przeważające siły „tych złych”, zmuszające Bogarta do psychologicznej rozgrywki. A jednak cała ta sytuacja nie iskrzyła. Edward Robinson nie pasuje do roli czarnych charakterów. Nawet w „Małym Cezarze” wychodził bardziej jak dziadzio, niż gangster.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s