Calamari Union (1985) – reż. Aki Kaurismäki

calamari union

Odyseja fińska

Na pierwszy rzut ucha nazwisko reżysera nie przywołuje oczywistych skojarzeń. Ktoś słyszał coś, ale więcej nic. Choć obrazy za nim stojące nie są anonimowe. Elementy jego stylu możemy znaleźć choćby w twórczości Jima Jarmuscha i Wesa Andersona. Ze względu na podejmowaną tematykę, oszczędność środków wyrazu, zdjęcia i grę aktorską, możemy mówić o świeckim Robercie Bressonie, ale z poczuciem humoru. Dodajmy francuską nową falę, amerykański noir i wódkę. Wypisz wymaluj „Akiland”.

Czternastu mężczyzn o imieniu Frank postanawia wziąć los w swoje ręce i wyruszyć do Ziemi Obiecanej. Wszyscy mieszkają w niebezpiecznej dzielnicy Helsinek. Ciemiężeni, pogardzani, opluwani. W miejscu, gdzie roi się od beztrosko biegających psów i dzieci,
a autobusy są przeludnione. Celem ich podróży jest mityczna kraina Eira, o której opowiadali ich dziadkowie i rodzice. Tam, ulice są szersze, a powietrze czystsze. Niestety przeprawa na drugi kraniec finlandzkiej stolicy usiana będzie licznymi przeszkodami.

Calamari Union przypomina fińską wersję Wojowników (1979) Waltera Hilla. Objęci syndromem dnia poprzedniego, w chłodzie, bez sensacji, z ubogą stylistyką bezrobotnych rockowców – ciemne okulary, wspólne imię, misja, nieszczególne poczucie wspólnoty. Ale Kaurismäki idzie też o krok dalej. Przygoda bohaterów jest okazją do żartobliwego, jeśli nie kpiącego spojrzenia na kino Godarda, Antonioniego, Wendersa. Czy to przez czarno-białe zdjęcia, nowofalowe podejście do filmu noir, epizodyczną strukturę czy też przyziemne trudności uniesione do rangi filozoficznych dylematów.

Lecz czy mogło być inaczej, gdy reżyser wychodzi z zamiarem nakręcenia najgorszego filmu, na jaki go stać, a przez cały czas trwania zdjęć był albo pijany, albo na ciężkim kacu? W efekcie otrzymujemy składniki, które na stałe zagoszczą w przyszłych obrazach twórcy – pomieszanie śmiertelnej powagi i nonsensu, zetknięcie minimalizmu z melodramatycznymi wzlotami. I amatorski gang Franków przerzucających się ważkimi sentencjami.

Z biegiem czasu wyprawa, która winna zająć bohaterom godzinę lub dwie, zyskuje wymiar metafory ludzkiego bytu. Nikt nie zna kierunku, nikt nie ma pieniędzy, trudno o miłość, przyjaźń zdradzana jest w imię własnych korzyści, gdzieś przypałęta się imitacja Travisa Bickle’a. Sam los przywdziewa kostium sardonicznego żartu: przemknąć przez ziemię helsińską, wymykając się szponom śmierci. Czy dotrą do celu przed zimą?

Zachowanie bohaterów możemy interpretować również jako komentarz odnośnie tożsamości narodowej kraju, który od zawsze pozostawał w strefie wpływów. Finlandia była zależna wpierw od Szwecji, następnie od ZSRR , w międzyczasie dotarła doń iluzja amerykańskich cudów, zachodnich wzorców i technologii. Później pojawiła się unifikacja pod egidą Unii Europejskiej. Szukając spełnienia, poszukują swoistej odrębności, czegoś własnego i „fińskiego”. Ale tutaj piszę na wyrost. Rozwinięcie owych rozważań znajdziemy w późniejszych filmach o grupie muzycznej Leningrad Cowboys.

Aki Kaurismäki nie dostał się do szkoły filmowej, gdyż uznano go wtedy za zbyt cynicznego. Jego krzywy uśmiech w stronę ambitnego kina o metafizycznych ciągotach i mamiącej emocjami amerykańskiej sensacji zdaje się to potwierdzać. Jednak jest to przypadek odosobniony. Następne dzieła reżysera pełne są sympatii i szczerości względem bohaterów, zrozumienia dla ich życiowej walki o przetrwanie i osiągnięcie szczęścia.

Pomijając wszelkie ślady artystycznej satyry, przytyki do narodowej mentalności czy próby dowodzenia, że nic z tych rzeczy w filmie znaleźć się nie da, Calamari Union to przede wszystkim zabawa. Raz celna, raz głupawa, raz absurdalna i przewrotna, lecz zawsze udana.

cu

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Calamari Union (1985) – reż. Aki Kaurismäki

  1. conradino23 pisze:

    Hmmm brzmi ciekawie.
    Dobrze, ze zyjesz!

    • Szubrawca pisze:

      Ha! Jeszcze dycham 🙂 Wstrzymam się z nazwaniem tego come-backiem, ale planuję wrócić do w miarę regularnego pisania.

      Myślę, że warto obejrzeć, ale to osobny tytuł w filmografii Kaurismakiego, wiadomo – początki. Można nawet mówić o swego rodzaju debiucie, bo najpierw kręcił dokument z bratem, potem adaptował „Zbrodnię i karę”, ale to trzeci film jest jego pierwszą samodzielną wypowiedzią.

      Tak czy inaczej, Fin ma bardzo wyraźny styl i planuję napisać o nim przy okazji któregoś z późniejszych filmów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s