Podwójny seans z męskim kinem „guys on a mission”

Razem z Panoramą kina i resztą wyrzutków odkopujemy zapomniane perły
gatunku „guys on a mission”. Reguły gatunku spisałem tutaj.

Ciemna strona słońca (Dark of the Sun, 1968) – reż. Jack Cardiff

Jeśli przymkniemy oko na najsłynniejszych przedstawicieli gatunku, jak choćby Cena strachu (1953/1977), Parszywa dwunastka (1967), Tylko dla orłów (1968), Predator (1987) czy też Bękarty wojny (2009), to właśnie Ciemna strona słońca jest doskonałym wprowadzeniem do konwencji „grupa twardych facetów na misji”. Obraz Jacka Cardiffa to prosta i surowa historia, która pod płaszczem przemocy skrywa humanistyczną treść, jednocześnie spełniając wszystkie reguły gatunku. A wśród fanów filmu są m.in. Martin Scorsese i Quentin Tarantino.

Demokratyczna Republika Konga pogrążyła się w ogniu rebelii wznieconej przez generała Mosesa i bojowników Simba. Prezydent Ubi szuka ratunku u najemnika, kapitana Curry’ego. Jego zadaniem będzie podróż pociągiem 450 kilometrów w głąb kraju, aby uratować ludzi z Fort Reprive. Drugim celem misji jest wydobycie stamtąd diamentów wartych 50 milionów dolarów. Curry ma 3 dni na wykonanie zlecenia i wolną rękę
w doborze ekipy. Sęk w tym, że prawie nic nie idzie zgodnie z planem.

Główny bohater o facjacie Roda Taylora to twardziel jakich mało, jeden z tych, którzy widzieli już wszystko. Zawsze wie, co powiedzieć, szybko przechodzi do konkretów i równie sprawnie od słów do czynów. Nic nie jest w stanie przesłonić mu celu misji, a jakiekolwiek zagrożenie nie robi na nim wrażenia. Curry najwyraźniej był już w piekle i wrócił z niego znudzony. Towarzyszy mu czarnoskóry sierżant Ruffo (Jim Brown), człowiek inteligentny
i szlachetny. Jako obywatel kraju kieruje się chęcią odzyskania ojczyzny. On także nie owija w bawełnę: „Wyszedłem z buszu i zabiję każdego, kto będzie chciał mnie tam z powrotem wysłać”. Mimo wyraźnych różnic w charakterze i obranym systemie wartości, iskrzy między nimi męska przyjaźń. Jak mówi Ruffo o Currym: „On jest tego wart”.

Zapewne by uciąć ewentualne spekulacje, wprowadzono szczątkową rolę Claire. Piękna Yvette Mimieux stanowi właściwie hetero izolator. To typowa pannica w opałach, która przechodzi od histerii do maślanych oczu wymierzonych w silnego najemnika. W pociągu znalazło się też miejsce dla kapitana Henleina (Peter Carsten), przebiegłego wichrzyciela ze swastyką. Cieszy się poważaniem jako żołnierz, lecz nie sympatią i zaufaniem. Jest również lekarz, nad którym ciąży widmo alkoholizmu, dr Wreid (Kenneth More). Na koniec wsiada żółtodziób Surrier oraz 40 bezimiennych żołnierzy.

W chwili premiery film został zmiażdżony przez krytykę, jednogłośnie piętnującą ukazywaną w nim przemoc. Ciemna strona słońca czerpie z prawdziwych wydarzeń kryzysu kongijskiego lat 60. Jack Cardiff udał się na miejsce, aby rozmawiać z reporterami, którzy przeżyli ten okres, oglądał zdjęcia pokazujące niewymowne bestialstwo. Film przedstawia jedynie dalekie echo rzeczywistości – rzeź cywili, wyraźną sugestię zbiorowego gwałtu na młodym żołnierzu, różnego rodzaju okaleczenia. Dzisiaj trudno uznać te obrazy za tak szokujące, acz nadal robi wrażenie otwartość i brak ustępstw w tych kwestiach.

Jednak akcja, przemoc i spoceni mężczyźni to nie wszystko. Choć wyraźnie dominują, znajdziemy w ich cieniu inne zagadnienia. Szybko wychodzi na jaw rasizm, traktowanie czarnoskórych jako wielkie małpy w dzikim kraju. Ruffo i jego naród chcą walczyć
o ojczyznę, zachować niepodległość, lecz dla wielu jest to tylko pole brutalnej gry, sposób na zarobek. Bezpośredni lub pośredni interes w każdej wojnie ma wiele krajów, w tym przypadku: „Broń jest chińska, kupiona za ruskie ruble. Stal pochodzi prawdopodobnie
z niemieckiej fabryki zbudowanej za franki francuskie. Została tu przerzucona przez afrykańskie linie lotnicze, finansowane prawdopodobnie przez Stany Zjednoczone”.

Na gruncie osobistym ważna będzie też kwestia zaufania i ludzkiej moralności. Działania napędzane chęcią zysku i oparte na przemocy prowadzą do odsłonięcia mrocznej natury bohaterów, na powrót wtrącają ich do „czarności”, z której wyszedł człowiek, aby odebrać jego duszę.

Ciemna strona słońca jest niemniej zapomniana niż jej reżyser, Jack Cardiff, wybitny operator i fotograf. Scorsese nazwał go najwybitniejszym zdjęciowcem techniki Technicolor (Czerwone trzewiki [1948], Oscar za Czarnego narcyza [1947], nominacja za Wojnę
i pokój
[1956]). Powstał o nim ciekawy dokument Kamerzysta – życie i twórczość Jacka Cardiffa (2010). Grzechem byłoby też przemilczeć znakomitą muzykę Jacquesa Loussiera, wykorzystaną później w Bękartach wojny Tarantino. Nie pozostaje nic innego, jak tylko wydobyć film z otchłani zapomnienia i oglądać. W przeciwnym razie odwiedzi was we śnie Rod Taylor z pieśnią na ustach: „Nie zabiję go, tylko oderżnę mu łeb!”.

Kondory Wschodu (Eastern Condors, 1987) – reż. Sammo Hung

Muzyka otwierająca film przypomniała mi dźwięki Tajemniczych złotych miast (1982-83), jednej z bajek mojego dzieciństwa. Podobnie Kondory Wschodu należą do tych filmów, które wypada obejrzeć w młodości na kasecie VHS. W charakterystycznej stylistyce, bez krępacji sięga po rozpoznawalne motywy z kina amerykańskiego i doprawia je hongkońskim duchem lat 80.

Rok 1976. Pułkownik Lam otrzymuje ściśle tajne zadanie od armii USA. Musi zniszczyć ukryty bunkier ze składem amerykańskiej broni w Wietnamie, zanim odnajdą go siły Wietkongu. Aby tego dokonać, skompletuje drużynę skazańców, którzy w zamian za powodzenie misji otrzymają czystą kartotekę i 200 tysięcy dolarów na głowę. Niestety sekundy po zrzuceniu oddziału na terytorium wroga akcja zostaje odwołana. Pozostawieni na pastwę losu żołnierze postanawiają dokończyć samobójczą misję zgodnie z planem.

Fabuła na pewno brzmi znajomo. Lwią część filmu stanowi schemat Parszywej dwunastki, jeno bez rozbudowanej rekrutacji i części szkoleniowej. To wielka szkoda, zwłaszcza że zwiastun filmu pełen jest dodatkowych scen, w tym także z życia więziennego. Braki te rekompensuje wartka akcja wykorzystująca elementy Łowcy jeleni (1978), filmów
z Johnem Rambo, Dzikich gęsi (1978) i kto wie, czego jeszcze.

Wbrew wojennej tematyce, film posiada dosyć lekką tonację. Teoretycznie bohaterowie są ostatnią hołotą, ścierwem ziemi, tej ziemi, bezwzględnymi mordercami i kryminalistami
z wieloletnim wyrokiem. Jednak łatwo zyskują sympatię widza, gdyż ich charakterystyka bliższa jest siedmiu krasnoludkom czy innym smerfom. Humor serwowany jest równie często, co sceny akcji. Podobnie rysuje się spotkany po drodze lokalny wesołek. Najpoważniejszymi postaciami są kambodżańskie partyzantki. Depczący wszystkim po piętach generał Wietkongu to żywe odbicie złoczyńców z filmowej serii o Jamesie Bondzie.

Jednak w żadnym wypadku nie mamy do czynienia z pastiszem czy komedią. Humor jest częścią świata mężczyzn, którzy postawieni w obliczu zagrożenia mogą jedynie zachować kamienną twarz, rzucić dowcipem i stanąć oko w oko z zagrożeniem. Reżyser traktuje konwencję filmu z powagą. Jak przystało na azjatycką produkcję wojenną, wszystko jest tu trochę bardziej heroiczne i dramatyczne. Walka jest bardziej bezpośrednia – podczas gdy Amerykanie preferują broń palną, dla hongkońskiego bojownika najlepszą metoda ataku jest wyskok w powietrze w zwolnionym tempie. Nic tak nie niszczy wroga, jak porządny kopniak w twarz.

Tradycyjna pirotechnika cieszy oko, ale to właśnie rękoczyny dają najwięcej satysfakcji. Kaskaderskie wyczyny i walki kung-fu nigdy się nie zestarzeją, a jeśli bohaterowie jeszcze strzelają z liścia (dosłownie) i kopią kokosami, pełnia szczęścia gwarantowana. Finalna kopanina została wykonana z wielką dbałością o jakość, co nie powinno dziwić, skoro
w obsadzie znaleźli się: legendarny choreograf sztuk walki Woo-ping Yuen, choreograf Corey Yuen, mistrz kickboxingu Billy Chow, legenda japońskiego kina akcji Yasuki Kurata, ale też Haing S. Ngor, zdobywca Oscara za rolę w Polach śmierci (1984).

Wierzę na słowo miłośnikom tego typu obrazów, gdy nazywają Kondory Wschodu sztandarowym przykładem produkcji ze złotej ery kina hongkońskiego oraz jednym
z największych osiągnięć Sammo Hunga, reżysera i odtwórcy głównej roli. Sympatyczna rozrywka.

Advertisements

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Film i oznaczony tagami , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Podwójny seans z męskim kinem „guys on a mission”

  1. A. pisze:

    Kondory Wschodu można legalnie obejrzeć po polsku 🙂
    http://superfilm.pl/film-Kondory-Wschodu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s