Zakładnik (Collateral, 2004) – reż. Michael Mann

Miasto nigdy nie śpi

Na dłuższą metę zawsze uważałem Zakładnika za jeden z lżejszych i mniej znaczących wpisów w filmografii Manna. Jednocześnie na myśl przychodziły mi pewne jego elementy, które można uznać za emblematyczne dla filmu czarnego. A że za każdym razem, gdy mowa o twórczości Amerykanina, kładzie się duży nacisk na realizm akcji, procedur i strzelanin, warto podkreślić te trzy szczegóły.

Rzeczą najważniejszą jest noc i miasto. To jedne z pierwszych obrazów, jakie kojarzę z Mannem, jego naturalny krajobraz i zarazem istotny bohater filmu noir. Gdy cichnie szum dnia i spada tempo biegu, życie staje się bardziej świadome, namacalne, bezpośrednie. Kamera cyfrowa przynosi wrażenie hiperrealizmu, zwiększonego wyczulenia na bodźce. Inaczej ukazuje przestrzeń, rozszerza naszą głębię widzenia. Jeszcze mocniej zostaje podkreślona rola miasta jako labiryntu – beton pod stopami, dookoła niekończące się ulice i alejki, nad głową górują budynki, zaś niebo w tle, które już rzadko kiedy jest czarne, zawsze przecinają samoloty lub helikoptery. Nawet odległe światła i dymiące kominy wpełzają w kadr. Horyzont nigdy nie ciemnieje.

Miasto to żywy organizm spinający wszystkich mieszkańców. Rozświetlone wieżowce w centrum stanowią serce, z którego wypływają asfaltowe arterie. To zamknięty układ krążenia, skąd jedynym wyjściem jest śmierć.

Kolejny istotny element to krótka scena, w której przed taksówkę bohaterów wybiegają kojoty. Los Angeles było kiedyś ich naturalnym środowiskiem, dopóki nie przyszedł człowiek i nie odebrał im terytorium. To spotkanie sprawia, że w Vincencie coś pęka, jakby dogoniło go uczucie zmęczenia i pewnej daremności swych poczynań. W dynamicznie rozwijającej się cywilizacji przyjmuje on rolę reliktu przeszłości, metodycznego profesjonalisty o ginącym fachu. On też przemyka nocą ulicami miasta unikając kontaktu z ludźmi. W podobny sposób poza nawiasem społeczeństwa znaleźli się także inni – honorowy kryminalista Melville, kowboj Peckinpah, starzejący się jakuza Kitano. Ich bohaterowie również byli takimi kojotami pod kołem postępu, intruzami w nowym świecie.

Z tym wiąże się historia dwukrotnie powtarzana przez Vincenta. „Gość wsiada do metra w Los Angeles i umiera. Myślisz, że ktoś zauważy?”. Jego praca polega na byciu niewidocznym, ale pozostaje niezauważalny i z innego powodu: jest zbędny dla społeczeństwa, nie ma swojego miejsca w szeregu obywateli. Podobny los spotykał wyżej wymienionych. Bo czy ktoś będzie pamiętał, że kiedyś tutaj żyli? Ktoś zauważy, kiedy odejdą?

Pauline Kael pisała o twórcach francuskiej Nowej Fali, że podejmując się adaptacji amerykańskich gatunków filmowych i czarnych kryminałów literackich wydobywali poezję tkwiącą między ich wierszami. I my nie zapominajmy o tych pomniejszych chwilach pomiędzy odgłosami wystrzałów i starciami macho facetów z życiowym kodeksem, które w dużej mierze budują nastrój obrazu. Taka właśnie jest poezja filmu czarnego: prosta, celna i najbardziej dotkliwa między pierwszą w nocy i piątą nad ranem.

Tekst ukazał się także na łamach Kinomisji,
gdzie polecamy filmy neo noir.

Reklamy

Informacje o Bezdroża kinomana

Entuzjasta kina, lubię ratować od zapomnienia.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Noir i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.